Bydgoszcz

Totalizator Sportowy Sp. z o.o.

Wysza Szkoa Gospodarki w Bydgoszczy

Sekcja Żeglarstwa Morskiego
LOTTO-Bydgostia-
-WSG-Bank Pocztowy
ul. Żupy 4
Bydgoszcz
tel./fax +48 52 371-27-60





free counters

A A A

Aktualności

 

 

 

2011.10.01 - Po 502 dniach zakończył się rejs "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011". Około godziny 12 na wodach Zatoki Gdańskiej spotkało się kilkanaście jachtów witających bydgoskich żeglarzy. Punktualnie o godyinie 13 do przystani Narodowego Centrum Żeglarstwa AWFiS w Gdańsku wpłynął jacht Solanus. Na załogę czekało ponad 200 osób z Marszałkiem Województwa Kujawsko-Pomorskiego Piotrem Całbeckim i Prezydentem Bydgoszczy Rafałem Bruskim na czele. [ fotorelacja ] Relację "na żywo" mogli oglądać telewidzowie TVP Info i TVP Bydgoszcz.



2011.09.24 - Witajcie w kraju. 36 godzin. Tyle czasu zajęło Solanusowi dopłynięcie z Holtenau do Świnoujścia. Sam jacht czując już Bałtyk, gnał pchany dobrym wiatrem do pierwszego po 16 miesiącach polskiego portu.

Z mariny u wyjścia z Kanału Kilońskiego wypłynęliśmy w czwartek o 8 rano. Mile połykaliśmy szybko, po przejściu Arkony zaczęliśmy dostawać sms-y z powitaniami i zaskoczeniem, że w takim tempie zdążamy do kraju. Samo wejście do Świnoujścia nie było jednak "łatwe". Za nami pojawiły się dwa promy; o ile pierwszy był bilsko i nie było powodów, żeby nie ustąpić mu drogi (Skania), to już polski Wolin "przegonił" nas donośnym dwukrotnym buczeniem spod samych główek portu. W nim powitał nas na małej żagłowce Marek Słaby, pasjonat żeglarstwa, kronikarz i jeden z administratorów internetowej strony www.fundacjamorska.org. Popilotował nas do basenu przy marinie i tam wręczył na ręce kapitana Radlińskiego, świeży polski chleb, który każdy z nas ucałował.

W sobotę około godz. 10 załogę i jacht odwiedził Wojciech Jacobson, ikona polskiego żeglarstwa, pierwszy polski zdobywca Przejścia Północno-Zachodniego, którego dokonał w latach 1985-88 na jachcie Vagabond II z inną sławą naszego żeglarstwa Ludomirem Mączką i częściowo z Januszem Kurbielem. Kapitan, Romek Nowak i Tolek Kantak otrzymali w prezencie książkę napisaną przez gościa i Macieja Krzeptowskiego "Mam na imię Ludomir", opisującą życie i żeglarskie dokonania kpt. Mączki. W rewanżu od załogi dostał książkę "Port macierzysty Bydgoszcz" z autografami oraz mapkę dokumentującą zdobycie NWP i Przylądka Horn. W mesie przy kawie i lampce wina trwały przez prawie 2 godziny rozmowy o lodach Północy, bo przypomnijmy, że Jacobson służył swoją pomocą i doświadczeniem, a przed rejsem często kontaktował się z nim Romek Nowak.

Po południu do stałej załogi dojechały małżonki, które swoich mężów nie widziały 16 miesięcy. Nasz kolejny etap to Hel, gdzie powinniśmy przypłynąć w środę. A potem już tylko skok do Górek Zachodnich i oficjalne powitanie jachtu i załogi w Narodowym Centrum Żeglarstwa (1 października, ok. 13.00).

Jacek Drozdowski

 

2011.09.23 - Solanus już na ziemi polskiej. Dzisiaj, 23 września, Solanus zawinął do Świnoujścia. W niedzielę popłynie dalej, wzdłuż wybrzeża polskiego, do Górek Zachodnich.

2011.09.21 - Wilhelmshaven – Cuxhaven.  Niedziela, 18 września. Po spotkaniu z Bydgoszczanami z całych Niemiec i złożeniu wieńców na cmentarzu załoga Solanusa powróciła na jacht, aby przygotować się do następnego odcinka,  a Prezydent Bruski udał się do ratusza na uroczystą sesje Rady Miasta.
Po obiedzie dostajemy informację, że zabytkowy most w Wilhelmshaven mogą nam otworzyć albo o 17.00, albo w poniedziałek o 07.30. Na decyzję mamy 15 minut. Telefonicznie uzgadniamy z Prezydentem Bruskim skrócenie jego spotkań. W razie, gdyby Prezydent nie zdążył – umawiamy się na spotkanie w marinie po drugiej stronie mostu, przed śluzą. O 16.50 jesteśmy sklarowani, cumy gotowe do oddania. Telefon od Prezydenta: „mam jeszcze 500 m”. Worek na pokład i jesteśmy w komplecie. Cumy precz, odchodzimy.

Dokładnie o 17.00 majestatycznie obraca się jedno przęsło. Most jest nieczynny, w remoncie. Stąd problemy z ustaleniem godzin jego otwarcia. Jeszcze tylko czekamy na śluzowanie, bo właśnie wchodzi, w asyście holowników, potężny dźwig o udźwigu 3.200 ton! Mam zaszczyt prowadzić wachtę z Prezydentem Bruskim. Od razu widać, że to marynarz. Rafał (bo tak „per ty” mówimy sobie na pokładzie) nie ma żadnych problemów z chorobą morską, a  ster przejmuje bez zbędnych „instrukcji”. Jedno jest tylko pewne - mówi Rafał: widok z pokładu maleńkiego jachtu jest całkiem inny niż z mostka dużego statku...

Z Wilhelmshaven na Helgoland pędziliśmy baksztagiem i z prądem jak na skrzydłach. Prędkość chwilami przekraczała 8 węzłów.   I już krótko po północy cumowaliśmy w basenie jachtowym. Na Helgolandzie „dmuchnęło” nam do 8 Beauforta. Na szczęście staliśmy już w osłoniętym porcie.
Po śniadaniu - spacer dookoła przepięknej wyspy. Na wysokim , klifowym brzegu wiatr wiał z taką siłą, że posuwaliśmy się bardzo wolno, pochyleni do przodu pod naporem wiatru. Przepiękne widoki były nagrodą za ten wysiłek.

19.09 o godz. 23.10 wyszliśmy z Helgolandu na tzw. niskiej wodzie. Z Rafałem mieliśmy tym razem tzw. „psią” wachtę. Od północy do 4.00. Sterowaliśmy na zmianę po godzinie. Po wachcie położyłem się do koi, a Rafał pozostał na pokładzie asystując następnej wachcie. „Chcę wykorzystać te pozostałe kilka godzin na bezpośredni kontakt z morzem” - powiedział. Dzięki  sprzyjającemu prądowi już po 8 godzinach dotarliśmy do Cuxhaven. Romek z Darkiem zrobili pyszne śniadanie. Pożegnanie, to bardzo smutna rzecz.... Prezydent mówi: „Dziękuję i do zobaczenia w Górkach. A potem u mnie, w Ratuszu”. Nasza trójka, czyli Prezydent Rafał Bruski, Tomek Szymanowicz i niżej podpisany, z żalem przesiedliśmy się do samochodu…

3 dni na jachcie, to w sam raz, żeby się zaaklimatyzować. Niestety, obowiązki służbowe wzywają.

Załoga Solanusa w 5. osobowym składzie śluzowała się wczoraj wieczorem w Brunsbüttel. Dzisiaj wcześnie rano Solanus ruszył w dalszą drogę. Przed nimi Kanał Kiloński i Kilonia (Kiel). Tam dołączy do załogi Odon Mikułan, który płynął już na etapie Skagen – Reykjavik.
21.09.2011. już z Bydgoszczy, Antoni Bigaj
2011.09.18 - Z prezydentem na pokładzie. W niedzielę ok. 17 s/y "Solanus" opuścił po dwóch dobach Wilhelmshaven i popłynął na Helgoland i do Cuxhaven. Na pokładzie pojawili się nowi załoganci, przede wszystkim Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy i komandor LOTTO-Bydgostia-WSG-Pocztowy Antoni Bigaj.

Do portu w Niemczech dopłynęliśmy w piątek ok. 11.30 po dwóch dobach z Amsterdamu.  Jeszcze zjedliśmy obiad przed śluzą w Ijmuiden. Dla niektórych z nas, było to kolejne doświadczenie, bo po wyjściu w morze ten posiłek za długo nie gościł w żołądkach.  No cóż ale takie też są uroki żeglarstwa. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że przy wyjściu na morze fala była bardzo nieprzyjemna i dla nienawykłych żeglowania osób dająca się rzeczywiście we znaki.

Jedną z wacht, tradycyjnie z kapitanem Radlińskim miałem od 4 do 8 rano (świtówka) przy podejściu do Wilhelmshaven. Tu po raz kolejny poczułem się dumny, bo nie dość, że na żaglach, to jeszcze za moje "oczy" robial trójka kapehornowców czyli kapitan, Tolek Kantak i Romek Nowak. Taki dowód zaufania i jednocześnie poczucie odpowiedzialności, naprawdę dla nienawykłego do żeglowania człowieka, pozostanie naprawdę długo w pamięci. Warunki żeglugowe były początkowo niezłe. Wiatr  generalnie północno-zachodni, który jednak od  5 stopni spadał stopniowo do 2 stopni, przez co prędkość spadła nam do 1,5 węzła, a momentami nawet mniej. Stąd decyzja kapitana o odpaleniu silnika, zdjęciu foka, a potem na rozlewisku przed śluzami bezana. Na wejście do śluzy musieliśmy poczekać ok. 30 minut, podobnie w samej śluzie. Nie udało nam się, niestety, stanąć w marinie Hochsee Yacht Club "Germania", bo most Kaiser-Wilhelm-Bruecke, jest w remoncie i otwiera się go po wcześniejszym (przynajmniej godzinnym) uprzedzeniu. Cofnęliśmy się więc do mariny MSW (bliżej śluzy), gdzie mogliśmy się wykąpać, zjeść spokojnie kolację i następnego dnia ranoo 7.20 przepłynąć pod mostem i stanąć w "Germanii".

W sobotę po południu (ok. 17) "Solanus" pod żaglami i powieszonymi pod prawym salingiem banderami 20 odwiedzonych przez jacht państw przepłynął na drugą stronę, gdzie został powitany przez nadburmistrza Wilhelmshaven Eberharda Menzela i prezydenta Bydgoszczy Rafała Bruskiego. Załoga zjadła oficjalny obiad w restauracji "Seegrass", a następnego dnia wzięła udział w uroczystości złożenia wieńców pod Pomnikiem Chwały Bydgoskiej na  Cmentarzu Honorowym w Wilhelmshaven. Po południu prezydent wziął udział w specjalnej sesji Rady Miasta, na której podziękował ustępującemu po 25-latach nadburmistrzowi za opiekę nad tymi bydgoszczanami, którzy po wojnie tu znaleźli swoje miejsce i od 50 lat mogą kultywować pamięć o rodzinnych stronach. Nie tylko Bydgoszczy, bo miałem okazję porozmawiać długo z panią Ruth Baetje (z domu Kunkel), która urodziła się w 1923 roku w Strzelcach Dolnych.                          
Oprócz prezydenta Rafała Bruskiego i komandora Antoniego Bigaja w załodze do Cuxhaven jest także Tomasz Szymanowicz.
Jacek Drozdowski
2011.09.14 - Żegnamy gościnny Amsterdam
Ponad pięć dni stał w Holandii "Solanus". Wcześniejsze wypłynięcie nie było możliwe ze względu na trudne warunki atmosferyczne. Od poniedziału w załodze są trzy nowe osoby, tak więc do Wilhelmshaven płyniemy w dziewięć osób.

Załoga po przypłynięciu w piątek, po poludniu odbyła krótki spacer do miasta, jednak główna wycieczka odbyła się w sobotę.  Niedaleko mariny jest przystanek promów kursujących przez Noordzeekanaal do Centraal Staation czyli głównego dworca kolejowego, tak więc wyprawy do miasta nie stanowią żadnego problemu. Zrobiliśmy drobne zakupy na kolację, by urozmaicić głównie warzywami śniadania i kolacje. Spacerowaliśmy po głównej ulicy czyli Damraku, bocznymi urokliwymi uliczkami, pachnącymi nie tylko wieczorami marihuaną. Na wszystkich, także tych, którzy już kiedyś stali w Amsterdamie, jak zwykle wrażenie zrobiła ogromna ilość rowerów. W mieście, które ma blisko 800 tysięcy mieszkańców (cała aglomeracja pona 2,1 mln) jest ich 600 tysięcy. Jak podaje wikipedia, rocznie kradzionych jest 80 tysięcy, a 25 tysięcy ląduje w kanałach.

W poniedziałek ok. 11.00 do mariny Sixhaven dotarli Krzysztof Sikora, kanclerz Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy, jednego z głównych partnerów wyprawy oraz Tomasz Pietraszak i Hubert Malinowski z TVP Bydgoszcz, którzy płyną z nami przynajmniej do najbliższego portu, a być może jeszcze do Cuxhaven. Przywiózł ich prezes klubu LOTTO-Bydgostia-WSG-BP Zygfryd Żurawski, który miał wreszcie okazję osobiście pogratulować kapitanowi Bronisławowi Radlinskiemu, Romanowi Nowakowi i Witoldowi Kantakowi zdobycia Przejścia Północno-Zachodniego i Przylądka Horn.

W Wilhelmshaven musimy być dokładnie 17 września. Miasto partnerskie Bydgoszczy obchodzi swoje święto i na kei "Solanusa" pod galą banderową (Niemcy będą 19 państwem odwiedzonym przez żeglarzy) powitają nas burmistrz Wilhelmshaven oraz Prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. Prezydent Bydgoszczy, która jest zaprzyjaźniona z Wilhelmshaven otrzymał specjalne zaproszenie, a nasze wpłynięcie będzie ukoronowaniem święta miasta i oficjalnym podkreśleniem wyczynu, jaki załoga dokonała. To najważniejsze powitanie, przede wszystkim z rodzinami nastąpi jednak 1 października br. w Gdańsku, a dokładnie w Górkach Zachodnich, w Narodowym Centrum Żeglarstwa AWFiS (planowane na 13.00)
Jacek Drozdowski
2011.09.09 -  Solanus dotarł do Amsterdamu.
2011.09.08 -  Złe warunki pogodowe przytrzymały nas Ostendzie. Dziś rano ruszamy już jednak do Amsterdamu.
Po zawinięciu w poniedziałek do Ostendy w Belgii, ze względu na silny i z nieprzyjaznego dla nas kierunku wiatru, kapitan Bronisław Radliński podjął decyzję o pozostaniu przy kei RYCO. Do południa Tolek Kantak zarządził polerowanie stalowych części want, ściągaczy, poręczy przy grotmaszcie i relingów. Zgodnie z podaną przez niego zasadą: pierwsza wachta od kosza dziobowego do pierwszego kabestanu, druga od drugiego kabestanu do grota, trzecia do rufy. Po porządkach udaliśmy się całą załogą do tawerny mariny RYCO, gdzie nagraliśmy kilka migawek dla telewizji. Przekazaliśmy też książki "Port macierzysty Bydgoszcz" i klubowe proporczyki, które zawisną w godnym miejscu. Z dodatkowymi podziękowaniami wręczyliśmy te same  prezenty Patrickowi, bosmanowi mariny.

Po obiedzie wybraliśmy się na spacer, przede wszystkim do katedry, gdy po drodze zaskoczył nas solidny deszcz. W drodze powrotnej (cóż tam żeglarzom woda) napotkaliśmy tawernę... Cap' Horn. Słynny Przylądek zawdzięcza nazwę... Holendrowi Willemowi Schoutenowi, który opłynął go jako pierwszy 29 stycznia 1616 roku! Nie można było nie zrobić zdjęcia trójki kapehornowców czyli Bronka, Romka i Tolka.

Po powrocie w mesie  kolacja złożona m.in. z mielonki, którą załoga dostała... 15 miesięcy temu, w maju na początku wyprawy. Była pyszna. Na deser... transmisja z meczu Polska - Niemcy. Była radość z bramek, komentarze różne, w końcu w euforii po bramce Błaszczykowskiego z karnego przegapiliśmy wyrównanie. ;-)
Jacek Drozdowski
2011.09.05 - Solanus zawinął do Ostendy. Po ok. 1,5 doby od wypłynięcia z Cherbourga "Solanus" z sześcioosobową załogą zacumował w marinie Royal Yacht Club Ostenda. Na Kanale La Manche przy wietrze momentami 5-6 st. Beauforta i prędkości jachtu do 7 węzłów udało nam się nadgonić trochę czas i ok. 11 wpłynąć między główki portu w belgijskiej Ostendzie. Mnie, nowemu obok Darka Palmowskiego, członkowi załogi przypadł zaszczyt wspólnych wacht z kapitanem Bronisławem Radlińskim. I już na pierwszej psiej wachcie (24-4) dostałem zadanie poprowadzenia jachtu, który zdobył North West Passage i Przylądek Horn. Ja, który swój jedyny rejs morski, po namowach Zbyszka Urbanyi, redakcyjnego kolegi, odbyłem 16 lat temu? Ale przecież nie można takiej szansy i takiego zaproszenia stracić. "Pojadę", odpowiedziałem na pytanie kapitana.
- I jak? Trzymasz kurs 70? Staram się - padła odpowiedż, choć na GPS "latałem" od 30 do 110. Jednak po jakiejś godzinie, kapitan stwierdził: No widzę, że trzymasz te 70. Byłem dumny.

O 4.00 zmienili nas Romek Nowak i Darek Palmowski, a ja zmęczony po oddaniu Neptunowi posiłku spożytego dzień wcześniej na kolację, udałem się do koi. Moje miejsce do spania na lewej burcie ma 180 cm długości, w najszerszym miejscu 55 cm szerokości. Kładąc się muszę się zgiąć do pozycji embrionalnej w szczelinę wysokości ok. 55 cm. Proszę to zrobić choć w porcie... Zapraszam 1-2 października do Górek Zachodnich, to pokażę :)

W Ostendzie pierwszą próbę cumowania podjęliśmy w głównej marinie Royal Yacht Club Ostenda. Ze względu na regaty łódek typu optymist, kazano nam jednak poszukać innego miejsca. Osobnik, który zdecydowanym tonem prosił nas o opuszczenie basenu jachtowego, będzie żałował swojego "czynu", gdy dowie się jaki jacht odprawił z kwitkiem. Ten sam klub ma na szczęście inną sympatyczną marinę, gdzie odwiedziło nas dwóch policjantów morskich. Po sprawdzeniu dokumentów jachtu, paszportów, rozmowach o dotychczasowych zdobyczach "Solanusa" (zrobiły wrażenie), obaj otrzymali od nas w prezencie książki z pieczęcią rejsu, proporce klubowe. W Ostendzie postoimy dzień lub dwa, bo prognozy przewidują silne wiatry. Mamy trochę czasu w zapasie by 12 bm. zameldować się w Amsterdamie.
Nasza pozycja przy Royal Yacht Club Ostenda to 51 st. 13,5 North i 2 st. 56,4 East
Jacek Drozdowski
2011.09.03 - O godz. 19.00 Solanus wyplynal z Cherbourga. Cel - Amsterdam
2011.08.30 - Podążając z falą przypływu zbliżaliśmy się do główek portu Cherbourg we Francji. Poranek był piękny, słoneczko świeciło wesoło. Jacht płynął do przodu z prędkością ok. 5 węzłów, co nas bardzo cieszyło, ponieważ jeszcze około 02.00 na tzw. psiej wachcie (00.00 – 04.00) prąd pływowy był tak silny, że płynąc na żaglach cofaliśmy się 1 milę na godzinę (prędkość 1 węzła). Jest to zjawisko bardzo ciekawe, ponieważ będąc na łódce obserwowaliśmy ruch jachtu do przodu potwierdzany odkosami fali od dziobu, natomiast podnosząca się woda w pływie  syzygijnym pół-dobowym jaki występuje na wodach Europy Zach. powodowała cofanie Solanusa z ww. prędkością. Dopiero uruchomienie silnika skompensowało ruch prądu i zaczęliśmy się nawet poruszać do przodu z prędkością 1-1,5 w. Jest to doświadczenie niezwykłe, obecnie można je szybko obliczać stosując GPS i tablice pływów. Dawniej żeglarze nie mieli takich udogodnień i musieli sobie radzić za pomocą ołówka i tabel.

Będąc około pół mili od główek portowych zauważyliśmy zdążający w naszym kierunku okręt straży granicznej. Przyglądali się nam przez lornetkę, po czym spuścili ponton i z załogą 5 osobową skierowali się w stronę naszego jachtu. Będąc już przy naszej burcie grzecznie zapytali czy mogą wejść na pokład. Bronek zgodził się i tak mieliśmy desant mundurowych na naszej rufie. Po wstępnych pytaniach czy nie wieziemy wódki, papierosów i broni polecili nam płynąć dalej do portu i sprawdzali nasze paszporty. Roman podał im także materiały informacyjne odnośnie naszego rejsu, co zrobiło na nich wrażenie. Zgłosiliśmy nasze wejście do mariny przez UKF i po podaniu przez kapitanat nr pirsu dobiliśmy do niego spokojnie.

Nasi nowi załoganci w mundurach wykonali następnie rutynową kontrolę naszego statku penetrując koje i bagaże a także zęzę. Nic nie znaleźli. Trzeba przyznać, że byli bardzo uprzejmi, zresztą my mieliśmy podobne nastawienie. Na koniec celnicy złożyli Kapitanowi i naszej Załodze (szczególnie Romanowi i Tolkowi) gratulacje z tak długiego rejsu i powiedzieli, że nie często mają okazję widzieć takich żeglarzy na ich wodach. Podziękowaliśmy. Dowiedzieliśmy się także, że celniczka (będąca w grupie, która nas sprawdzała) ma rodzinę w Polsce. W ten sposób zetknęliśmy się już przed dotknięciem lądu z namiastką Poloni :-). Na pożegnanie wymieniliśmy uprzejmości i usłyszeliśmy po polsku „do widzenia”.

Po przybiciu do nabrzeża zakupiliśmy świeże bagietki (specjalność francuska) i zjedliśmy na jachcie pyszne śniadanko. Następnie wykonaliśmy trochę prac na jachcie i dokonaliśmy niezbędnej toalety (ja stałem pod prysznicem 20 minut) :-).

Po południu zwiedziliśmy miasto – Cherbourg nie jest duży – ok. 50.000 mieszkańców, ma ładne uliczki, placyki i kafejki,. Przed portem góruje pomnik Napoleona na koniu. Charakterystyczne są pale stabilizujące pomosty w marinie. Podczas pływu o skoku ok. 7 m. wynurzają się i chowają. Podobne pomosty są w głębi miasta – w małym porciku jachtowym dla małych łódek.          

Wieczorem zjedliśmy kolację w jacht klubie przy marinie i długo dyskutowaliśmy o dotychczasowych  wyprawach Solanusa (Spitsbergen, Grenlandia). Podsumowaliśmy także przepiękny etap Azory-Cherbourg, który dla nas (Ryśka, Andrzeja i mnie) był wspaniałą przygodą. Jutro żegnamy Solanusa (nie bez łezki :-)) i wracamy już do Polski.

Solanus płynie dalej, do pokonania zostało jeszcze ponad tysiąc mil. Będziemy czekać na niego w Górkach w październiku kiedy zakończy swój piękny i trudny rejs.
Krzysztof Wójcik
2011.08.30 - Solanus dotarł do Cherbourga
2011.08.27 - I tak oto upłynęło kolejnych 5 dób od naszej ostatniej relacji, czyli dziś kończymy około 20-ej jedenastą dobę naszego rejsu z Azorów. Pozostawiliśmy za sobą kolejne 500 mil morskich. Płynie się nam bardzo dobrze, wiatru nie brakuje. Przeżyliśmy nawet w trakcie poprzedniej doby mały sztorm (trwał ok. 12 godz.) na wysokości północnej części Biskajów, jednakże w bezpiecznej odległości od zawietrznego brzegu Zatoki. Wiało maksymalnie 35 węzłów, więc była to pełna 7-ka z małym plusem w kierunku 8B. Jacht spisał się dzielnie i bezpiecznie przepłynęliśmy tę strefę silnych wiatrów, nie mniej fala atlantycka mocno dała się nam we znaki – byliśmy mokrzy na wachtach, kiedy większe fale wchodziły na pokład i do kokpitu.
Pierwszy w życiu sztorm na oceanie robi wrażenie i widzieliśmy, że trzeba się z nimi umiejętnie obchodzić. Dla nas trzech nowych była to ostra jazda, dla stałej załogi Solanusa wg moich obserwacji  był to kolejny trening i świeża adrenalina.
Prędkości jakie osiągnął Solanus w zjeździe z największych fal były imponujące, grubo powyżej 10 węzłów, a przecież jest to łódź z tzw. długim kilem, czyli mająca dużo większe opory w wodzie niż łodzie z wąskimi kilami jak np. jachty regatowe.

Andrzej w trakcie swojej wachty schodząc z zejściówki przy nagłym przechyle wylądował na naszej kuchence w wyniku czego zostaliśmy pozbawieni mocowania na kardanie. Kolejne 2 doby gotowaliśmy wodę w kambuzie na podłodze :-). Ciekawa nauka cierpliwości i pokory.

Żegluga w wyższych szerokościach geograficznych (Azory są na ok. 38 st. szerokości Płn., obecnie jesteśmy na 48 st.) jest już zimniejsza i trzeba wyciągnąć czapki i ciepło się ubierać. Dzisiaj jednak jakby dla zachętę dla nas od rana świeciło słońce i do 15.00 każdy kto mógł zażywał kąpieli słonecznych na pokładzie. Powróciliśmy także tradycyjnie do astro-nav, bo ostatnie 2 doby wiało za mocno, aby chodzić z sekstantem :-).

Jeszcze przed sztormem Tolek złowił tuńczyka błękitnego w sam raz wielkością odpowiedniego na obiad dla naszej sześcio-osobowej załogi. Tym razem przyrządził go Roman (poprzednią rybkę przygotowywał Kapitan wg swojej receptury) – świeża pachnąca rybka – pycha.

W kilka godzin po tym jak silny wiatr wyraźnie zesłabł i ciśnienie powoli szło w górę, zastanawialiśmy się wszyscy obijając się w jachcie na skutek silnego rozkołysu co takiego człowiek widzi w żeglarstwie i morzu, że czasami poddaje się takiej poniewierce. Nie jest to temat nowy i trudno tu odkryć Amerykę – swoją drogą dzięki tej można by rzec pasji czy chorobie ludzie odkryli wszystkie lądy i świat :-). Każdy kto naprawdę lubi pływać pewnie się nad tym już zastanawiał i ma swoje przemyślenia.

Płyniemy dalej do Cherbourga. W „prostej” linii jeśli wiatr pozwoli mamy do przebycia około 300 mil. Do tej pory rejs jest urozmaicony – nie nudzimy się i przyjemnie spędzamy czas. Mamy nadzieję, że tak będzie do końca rejsu.
Krzysztof Wójcik

2011.08.22 - Trwa szósta doba naszego rejsu z Azorów rozpoczętego we wtorek 16-go sierpnia z portu Horta. Do dzisiejszego popołudnia przebyliśmy około 600 mil morskich. W trakcie tych dni mieliśmy przyjemny umiarkowany wiatr z kierunków W, N-W. Płyniemy  średnim kursem 45 stopni. Atmosfera na pokładzie jest przyjemna i koleżeńska. Oprócz wachtowania rozmawiamy, czytamy książki, słuchamy muzyki,  ja stawiam pierwsze kroki w astronawigacji pod cierpliwym okiem Kapitana Radlińskiego, który pasjonuje się astronawigacją, pomimo tego, że na jachcie mamy 3 GPS-y. Jest to zajęcie ciekawe, acz wymagające m.in. nabrania pewnej wprawy w posługiwaniu się głównym przyrządem tj. sekstantem, tak aby „złapać” moment „topienia się w morzu”  naszej najjaśniejszej gwiazdy – Słońca. W ten sposób możemy obliczyć szerokość geograficzną z kulminacji Słońca nad południkiem, na którym się znajdujemy w trakcie pomiaru. Nie jest to zadanie na początek łatwe, ale jak mówi łacińskie przysłowie „per aspera ad astra” – przez trudy do gwiazd, co wg mnie ma szerokie zastosowanie zarówno w żeglarstwie jak i w życiu.
Już trzeciego dnia rejsu Tolek złapał największą rybę w trakcie całej wyprawy Solanusa mierzącą 110 cm. Rybka została przyrządzona osobiście przez Kapitana i bardzo nam wszystkim smakowała.
Dzisiaj około 13.30 (kilka minut przed kulminacją ;) zobaczyliśmy nad jachtem niedużego ptaszka, który najpierw okrążył dwa razy naszą łódkę, po czym usiadł na dachu nadbudówki tuż przy zejściówce. Obserwowaliśmy go chwilę , ale on odpoczął tam tylko minutkę i odleciał.
Wszyscy trzej nowi załoganci tzn. ja, mój brat Andrzej i Ryszard jesteśmy pierwszy raz na oceanie, więc czujemy do niego duży respekt, podobnie może jak mawiał kpt. Borkowski z „Szamana Morskiego” autorstwa niezapomnianego Borhardta możemy go określać jako „Pan Ocean”.
Ryszard uwielbia majsterkować i podczas naszej dotychczasowej żeglugi zdążył już pogrzebać w silniku i wymienić wszystkie wtryski oraz wyregulować cięgno manetki gazu. Wspólnie też zainstalowaliśmy GPS-a na pokładzie, po awarii kabla zasilającego.
Mój brat Andrzej i ja od dłuższego czasu chcieliśmy popłynąć na szersze wody i w końcu się to udało z czego się bardzo cieszymy.
Od wyjścia z Azorów żeglowaliśmy w trakcie 3 pięknych rozgwieżdżonych nocy mogąc podziwiać wiele ciekawych konstelacji na niebie jak np. Kasjopea, Wielka i Mała Niedźwiedzica, Bliżnięta, Oriona. Dawniej żeglarze oprócz Słońca używali w nawigacji także gwiazd, co obecnie w epoce GPS jest raczej mało stosowane, a szkoda bo daje pojęcie o trudnościach żeglugi dawniej.
Dla mnie ciekawym i fascynującym wręcz zjawiskiem była obserwacja w nocy tzw. Świecącego planktonu. Dowiedziałem się od stałej Załogi Solanusa, że zjawisko to jest znacznie silniejsze na północnym Pacyfiku. Za naszą łódką ciągnął się migoczący warkocz jakbyśmy dosypywali do kilwateru srebra i złota – zabrzmiało trochę może poetycko, ale tak to wyglądało.
Płyniemy dalej i mam nadzieję, że przed nami jeszcze dalsze interesujące przeżycia chociaż na wyższych szerokościach do których się zbliżamy robi się chłodniej i bardziej deszczowo.
Z Atlantyku Krzysztof Wójcik
2011.08.10 - Z Ponta Delgada do kraju wracają Tomasz Marasek i Wojciech Śmigiel. Solanus z 3-osobową załogą opuścił dzisiaj (10.08) o godz. 17 wyspę Sao Miguel i skierował się na północny zachód, aby z portu Horta na wyspie Faial zabrać 3 nowych załogantów.
2011.08.10 - Załoga, która 14 miesięcy temu wypłynęła z Górek Zachodnich (kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak i Witold Kantak) ruszyła w dalszą drogę kierując się na wyspę Faial. Ja i Wojtek opuściliśmy pokład Solanusa by wrócić do kraju. Z wielkim żalem żegnam Solanusa. Życzę kolegom pomyślnych wiatrów i bezpiecznego powrotu do Polski.
Tomasz Marasek

2011.08.7-9 - Postój w porcie Ponta Delgada był dość pracowity. Wyprawa Morskim Szlakiem Polonii trwa nadal więc należało przygotować jacht do dalszej żeglugi w stronę Cherburga. Tolek nurkując oskrobał nożem porośnięty skorupiakami kadłub. Przepompowaliśmy zapas paliwa z kanistrów do zbiornika głównego i wyszorowaliśmy wnętrze jachtu. Potem wciągnęliśmy Tolka na obydwa maszty by mógł sprawdzić stan olinowania. Zrobiliśmy ogólne pranie, dokupiliśmy żywności. Odbyliśmy też szereg spotkań z żeglarzami i mieszkańcami wyspy, których celem była promocja Bydgoszczy i województwa kujawsko-pomorskiego. W ostatnim dniu pobytu na Sao Miguel wynajęliśmy samochód by zwiedzić tą piękną wyspę.
2011.08.06 - Od rana mimo dość słabej widoczności każdy z nas starał się wypatrzyć ląd do którego zbliżaliśmy się. Obok jachtu przepłynął sporych rozmiarów żółw. Minęliśmy też kilka statków i niewielki kuter rybacki stawiający sieci. Wszystko wskazywało na to, że etap z Ameryki do Europy dobiega końca. Po południu po 31 dobach żeglugi non-stop dotarliśmy na ląd! Zacumowaliśmy w marinie miasteczka Ponta Delgada na wyspie Sao Miguel. Na kolacje jedliśmy świeże warzywa i ser. Była też okazja wykąpać się pod prysznicem.
2011.08.05 - Wczoraj po dwóch dobach jazdy na silniku Kapitan postanowił poważnie porozmawiać z Neptunem i wynegocjować trochę wiatru. Sięgnął po starą, sprawdzoną metodę, która okazała się skuteczna podczas powrotu z wyprawy wokół Svalbardu. W zamian za wiatr zaofiarował mu własne buty. Neptun dość poważnie podszedł do tematu i przysłał na rozpoznanie sprawy stado delfinów. Obserwowały nas przez wiele godzin, aż do późnego wieczora. Najpierw opłynęły jacht dookoła. Potem we czworo płynęły przed dziobem. Widok był taki jak gdyby Solanus płynął w zaprzęgu. Później odpłynęły dalej ale co jakiś czas wyskakiwały wysoko nad wodę obserwując czy rzeczywiście zasługujemy na lepsza pogodę.
Dziś o świcie gdy stałem na wachcie poczułem na plecach lekkie podmuchy wiatru. Pół godziny później wiedziałem już na pewno, że Neptun wysłuchał prośby Kapitana. Ruch powietrza w kabinie obudził Romana. Szybko wyskoczył na pokład i postawił żagle. Mimo, że odstawiliśmy silnik prędkość jachtu nadal utrzymywała się na średnim poziomie 5 węzłów.
Tomasz Marasek
2011.08.02 - Wczoraj passat, w którym płynęliśmy od dłuższego czasu gdzieś zginął. Nawet z policyjnych statystyk wiadomo, że passaty giną często. Ale tak na poważnie to wpłynęliśmy w tzw. „końskie szerokości” czyli strefę cisz i wiatrów zmiennych. Nazwa jest związana z epoką wielkich żaglowców. Marynarze, których statki utknęły w ciszach jakie często panują w tych szerokościach wyrzucali do oceanu konie, które stanowiły ładunek. Chodziło o oszczędzanie wody pitnej. My także mieliśmy przez kilka dni problem z wodą. Zrobiła się bardzo słona i właściwie niezdatna do picia. Na początku myśleliśmy, że to skutek zmywania kubeczków w słonej wodzie ale płukanie słodką nie pomogło. Obawialiśmy się najgorszego, że woda popsuła się mikrobiologicznie ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Okazało się, ze kończyła się woda w pierwszym zbiorniku i prawdopodobnie pompa zasysała z dna jakieś słone osady, które tam pozostały. Po otwarciu zaworu drugiego zbiornika problemy ze smakiem stopniowo zniknęły. Woda z pełnego zbiornika rozcieńczyła osady. Przy okazji wiemy, że w tym etapie zużyliśmy około 300 litrów wody, czyli wyszło niewiele ponad 10 litrów na dobę.

Słabiutkie wiatry kręcące, wnerwiające przekonały kapitana, że należy uruchomić silnik. Były z tym pewne problemy bo zerwała się linka gazu ale poradziliśmy sobie. To jakaś plaga, bo dzień wcześniej wymienialiśmy też linkę sterociągu. Wyprawa trwa już ponad 14 miesięcy więc co jakiś czas takie problemy zdarzają się. Sól i wilgoć robią swoje.

Tolek złowił kolejną rybę. Trudno policzyć, którą ale ta jest bardzo szczególna. Po pierwsze ma metr długości, po drugie jest to ten sam gatunek, który trafił się kpt. Hubertowi Latosiowi w historycznym rejsie Eurosem z Buenos Aires do Helu w 1973 roku (porównaliśmy złowioną rybę ze zdjęciem jakie jest w rozdziale napisanym przez kpt. Huberta Latosia w książce „Port macierzysty Bydgoszcz”).

Korzystając z upalnej pogody znowu wytargaliśmy całą zawartość koi dziobowej na pokład. Dziobówka to tak naprawdę całkiem spora kajuta oddzielona od reszty kabiny grodzią wodoszczelną z dużymi, ciężkimi wrotami. Obecnie jest po brzegi wypełniona worami żeglarskimi, sztormiakami, kaloszami i innym szpejem. Płyną tam np. grube, ciężkie, drewniane pokrywy. Były one używane do zabezpieczania okienek i przezroczystych luków przed destrukcyjnym działaniem załamujących się fal, gdy załoga Solanusa opływała w marcu przylądek Horn. Wszystko to mimo częstego przewietrzania jest cały czas wilgotne i wydziela jakiś dziwny zapach. Prawdopodobnie taki sam zapach panował na Eurosie, gdy kpt. Jan Bogacz składał wizytę na tym jachcie 12.05.1973, krótko po opłynięcia Hornu przez kapitana Aleksandra Kaszowskiego. Jak pisze kpt. Hubert Latoś w wymienionej wyżej książce kpt. Bogacz powtórzył wtedy kilka razy: „W tej kabinie czuć Hornem”.
Po wywleczeniu zawartości dziobówki na górę, pokład Solanusa przypominał bazarowy kram. Myślałem nawet, że może trafi się jakiś klient. Sztormiak z wyprawy, podczas której w jednym sezonie pod jednym kapitanem opłynięto Nord-West Passage i Horn ma chyba teraz sporą wartość. Niestety środek oceanu jest marnym punktem handlowym bo na horyzoncie nie pojawił się żaden klient. Ponieważ nie udało się niczego spieniężyć nadal zmuszeni jesteśmy korzystać z pomocy instytucji i partnerów, którzy wspierają wyprawę Morskim Szlakiem Polonii. Wszystkich, którzy śledzą stronę wyprawy prosimy o zwrócenie uwagi na banery mecenasów, dzięki którym ta wyprawa może trwać.
Pozdrawiam
Tomasz Marasek
2011.07.31 - Wciąż wieje nam północno-wschodni passat. Codziennie zdobywamy kolejnych 80-90 mil w kierunku północnym, jest pochmurno i chłodno.
Na jachcie niewiele się dzieje. Podczas poprzedniego pieczenia chleba w agregacie zerwała się tzw. szarpanka czyli linka rozruchowa. Z braku innego zajęcia każdy rwał się do naprawy. Postawiliśmy agregat na stole w mesie i każdy walczył żeby sobie odkręcić przynajmniej jedną śrubkę. W sumie wyszła z tego niezła zabawa bo fale na morzu miały ponad 3m. Co jakiś czas jacht spadał z fali z wielkim hukiem a potem kołysał się mocno na boki. Odkręcanie każdej śruby wymagało współpracy co najmniej trzech osób. Nie było jednak tak jak w znanym dowcipie, że jeden trzymał śrubokręt a reszta obracała agregatem. Cały czas trzeba było mocno trzymać urządzenie aby nie podskakiwało i nie spadło ze stołu. Jedna ze śrub była tak zapieczona, że musieliśmy ją rozwiercić. Cała akcja trwała prawie trzy godziny. Po skręceniu nie zostały nam żadne części więc chyba żadnej usterki nie usunęliśmy ale udało się przedłużyć linkę i agregat znowu działa. Dzięki temu Roman udziela się dziś jako piekarz. 

Przed chwilą doszedł SMS od Włodka Palmowskiego, który przysłał pozdrowienia z … Bieguna Północnego. Włodek uczestniczył w jednym z poprzednich etapów wyprawy Morskim Szlakiem Polonii. Płynąc z Valparaiso do Ushuaia opłynął przylądek Horn. Teraz podobnie jak Monika Witkowska żegluje w Arktyce. Gratulujemy i pozdrawiamy.
Tomasz Marasek
2011.07.27 - Dziś przecięliśmy Zwrotnik Raka. Od kilku dni wieje nam stały północno-wschodni wiatr o sile 4-5°B. Znowu korzystamy z samosteru. Jesteśmy trochę zaskoczeni tym, że na zewnątrz jest dość chłodno mimo, że na tej półkuli panuje podobno astronomiczne lato. Ponadto dokucza nam krótka stroma fala, która mocno kołysze jachtem i dość często wdziera się na pokład. W takich warunkach najlepiej siedzieć we własnej koi.  Większość z nas spędza czas na czytaniu. Niestety pozbawiono mnie książek, które zabrałem na rejs. Chłopaki przeczytali już po kilka razy zawartość jachtowej biblioteki więc teraz dorwali się do moich lektur. Dla siebie wygrzebałem z ich zasobów książkę Moniki Witkowskiej. Ta znana podróżniczka i dziennikarka brała udział w jednym z poprzednich etapów rejsu Morskim Szlakiem Polonii płynąc na Solanusie przez Nord-West Passage. Swoje wspomnienia z tego etapu opisała w artykule jaki ukazał się w czasopiśmie Jachting. Gdy skończyłem czytać jej książkę o wyprawie żeglarskiej na Horn jachtem Stary na telefon satelitarny przyszedł SMS od … Moniki. Okazuje się, że jest właśnie w kanadyjskim Tuktoyaktuk i znowu żegluje w Arktyce z kapitanem jachtu, który w zeszłym roku wraz z Solanusem przeciskał się przez lody przejścia północno-zachodniego. Życzymy im powodzenia w dalszym eksplorowaniu wód i lądów na dalekiej północy! [więcej o wyprawie Moniki i Börje: www.arcticexpedition.eu]

Po nadejściu tego SMSa załoga znów zaczęła wspominać nowych przyjaciół, których poznali w Kanadzie. Wśród nich szczególnie pamiętają żeglarza, który także przepłynął Nord-West Passage -  Wiesława Natanka. Pokazał im wiele ciekawych rzeczy w Vancouver, zaprosił do siebie do domu, pomagał zawsze gdy potrzebowali gdzieś dojechać samochodem. Otrzymali też wielką pomoc od innego Polaka zawodowego mechanika ze statków rybackich pana Adama Glanca. Fachowo, używając nawet … stetoskopu zbadał silnik Solanusa i uspokoił naszego kapitana, że wszystko działa prawidłowo. Kolejną osobą o której bardzo często mówi nasz kapitan jest Komandor Krzysztof Nowak reprezentujący Polski Klub Żeglarski w Vancouver. Okazało się, że pochodzi z Blachowni k. Częstochowy rodzinnego miasta Bronka. Mieszkali w młodości na tym samym osiedlu ale poznali się dopiero w odległej Kanadzie. Chłopaki wspominają też dziesiątki innych osób o których jeszcze napiszemy.

Tolek uparcie wyciąga z oceanu następne ryby. Do tej pory złowił już siedem. Wszyscy są bardzo zadowoleni gdy na stół trafia kolejna, świeża ryba a najbardziej chyba ja. Pełnię w tym etapie funkcję II oficera i odpowiadam za zaprowiantowanie jachtu. Dzięki Tolkowi cały czas mamy dużą rezerwę konserw obiadowych. Zauważyliśmy, że blisko kadłuba co jakiś czas pojawiają się małe rybki, które płyną dość długo obok jachtu. Prawdopodobnie żywią się tym co porasta nasz kadłub. Mamy jednak nadzieję, że broda, którą niesie Solanus nie jest duża. Przynajmniej prędkość z jaką płyniemy 4-5 węzłów pod wiatr nie wskazuje na to. Roman wspomina, że na odcinku z Galapagos do Valparaiso jacht był tak zarośnięty od spodu, że trudno było osiągnąć prędkość trzech węzłów. Po tamtym etapie konieczne było wyciągnięcie jachtu z wody i dokładne oskrobanie. Teraz obrastaniu kadłuba zapobiega nowa warstwa farby antyporostowej, którą pomalowano Solanusa w Buenos Aires. W zdobyciu tej farby jak i załatwieniu wielu innych spraw bardzo pomógł przedstawiciel lokalnej Polonii w Argentynie Pan Janusz Ptak.

Kilka dni temu dostałem SMSa z pytaniem jak to się dzieje, że relacje z  wyprawy trafiają na naszą stronę WWW mimo, że jesteśmy na pełnym oceanie z dala od wszelkiej cywilizacji. Zajmuje się tym nasz kolega z klubu Bydgostia – Michał Żurawski. To on od początku rejsu administruje stroną, zamieszcza galerie zdjęć, filmy, aktualizuje pozycję na mapie i wkleja kolejne relacje, które dostarczamy mu e-mailami. Jest to możliwe dzięki specjalnej centralce telefonu satelitarnego, którą mamy na jachcie tzw. OpenPort. To coś więcej niż przypominający zwykłą komórkę ręczny telefon satelitarny. Czaszę anteny tego urządzenia można zobaczyć na zdjęciach jachtu, jest umieszczona na koszu rufowym obok elektrowni wiatrowej. Niestety urządzenie to wymaga zasilania 230V co na Solanusie jest obecnie możliwe tylko po uruchomieniu agregatu a więc przy dobrej pogodzie bez deszczu i chlapiącej fali. W innych warunkach używamy ręcznego telefonu satelitarnego, dzięki któremu możemy jedynie wysyłać i odbierać SMSy. OpenPort przydaje się też bardzo do sprawdzania prognoz meteo.

Dzięki takim urządzeniom jak GPS, telefon satelitarny i radar żegluga jest znacznie łatwiejsza i bezpieczniejsza niż w czasach gdy na jachtach prowadzono tylko nawigację zliczeniową i astronawigację a o prognozach pogody czy łączności z lądem można było sobie pomarzyć. Te urządzenia działają jednak tylko pod warunkiem, że na jachcie jest odpowiedni zapas energii elektrycznej. Należy więc pamiętać o regularnym ładowaniu akumulatorów i konserwacji całej instalacji elektrycznej bo sól i wilgoć są bezlitosne dla przewodów i urządzeń elektrycznych. Zwłaszcza gdy są one wystawiane na działanie surowych warunków bez przerwy przez kilkanaście miesięcy. Kapitan nieustannie kontroluje zużycie energii i sprawdza stan instalacji elektrycznej.  Zamęcza nas też ćwiczeniami z astronawigacji. Codziennie wygania mnie z sekstantem na deck a potem obliczamy naszą pozycję porównując wyniki z wskazaniami GPSa. Wychodzi na to, ze chyba rzeczywiście przecięliśmy Zwrotnik Raka (a może to był Koziorożca?).
Tomasz Marasek
2011.07.22 - 17 lipca Tolek złowił 60 centymetrową rybę. Było to około południa więc zdobycz natychmiast wylądowała na patelni i została usmażona na obiad. Tolek po złapaniu drugiej ryby ma szansę wyrównać rekord Jarka Pietrasa, który jeszcze na Pacyfiku złapał trzy tuńczyki. Do połowów używamy haka, który podarował załodze Solanusa Admirał Jerzy Łubisz zwany Mrówą. Chłopaki często wspominają spotkanie z tym sympatycznym żeglarzem i rybakiem. Poznali go jeszcze w Kanadzie po przejściu Nort-West Passage. Wykazał ogromną pomoc techniczną w pierwszych dniach pobytu Solanusa w Victorii a później w Vancouver. 

Mrówa to legendarna postać znana chyba wszystkim polskim żeglarzom w Ameryce. Do Kanady przyjechał z Łodzi gdzie studiował na Politechnice Łódzkiej. Dla mnie spotkanie załogi Solanusa z tym człowiekiem jest dowodem jak mały jest świat. Od dziecka słyszałem opowieści o Mrówie od moich rodziców i ich znajomych z łódzkiego AKŻ. Wspólnie w latach siedemdziesiątych tworzyli ten jeden z pierwszych klubów żeglarskich. Pływali wtedy na jachcie Stomil. W tym środowisku również w latach siedemdziesiątych powstał też aktywny do dziś zespół Cztery Refy. Po czterdziestu latach moje losy w jakiś sposób splatają się z człowiekiem, który jest jednym z nestorów żeglarstwa morskiego w moim rodzinnym mieście.
Bronek, Roman i Tolek wspominają też często innego żeglarza i przyjaciela z Vancouver – Jerzego Kuśmidra. On przygotował im huczne powitanie podczas wpływania do tego portu. Dbał też o załogę podczas pobytu w Kanadzie pomagając w załatwianiu wszystkich spraw. Jurek tak zżył się z załogą Solanusa, że kilka miesięcy później wraz z rodziną odwiedził ich w święta Bożego Narodzenia, które wypadły w odległym od Kanady Meksyku.

Chłopaki wracają też myślami do wielu, wielu innych Polaków, którzy gościli ich w kolejnych portach na trasie wyprawy. Nie sposób od razu wymienić wszystkich, ale będziemy starali się sukcesywnie wracać do tych wspomnień pisząc kolejne relacje z wyprawy.

18 lipca skończyły nam się zapasy chleba, który kupiliśmy w Brazylii. Od tej pory pieczemy własny. Mamy na jachcie zasilany agregatem piekarnik, zapas mąki i drożdży oraz przepis opracowany specjalnie dla nas przez Różę, żonę komandora sekcji żeglarskiej RTW Bydgostia. Przygotowanie chleba na rozkołysanej wodzie nie jest zajęciem łatwym, ale za to smakuje on znacznie lepiej niż tostowa wata z marketu. Przy okazji w piekarniku można też upiec jakieś ciasto, co urozmaica nasze menu.

20 lipca po kilku dniach żeglugi przez strefę cisz i wiatrów zmiennych Solanus wpłynął na szerokości, gdzie wieje już północny passat. W tym samym czasie do jachtu podpłynęło stado orek. Podziwialiśmy ich popisy i akrobacje, jedna przepłynęła nawet pod jachtem. Od tego momentu na pełnych żaglach płyniemy dalej pod wiatr zbliżając się powoli do Azorów.
Tomasz Marasek
2011.07.16 - Z Recife wyszliśmy dopiero w środę 6 lipca. Postój przeciągnął się tym razem z powodu paskudnej pogody. Wyszliśmy w morze wcześnie rano trochę żałując, ze nie możemy poczekać jeszcze kilka godzin na przybywający niebawem polski jacht Anna. Nie chcieliśmy jednak powtarzać poniedziałkowego korowodu po urzędach a w dokumentach z odprawy było wyraźnie napisane, że mamy wypłynąć  5 lipca. Spotkanie z Polakami zaplanowaliśmy więc na wodzie. Po kilku godzinach żeglugi w oddali zobaczyliśmy biały żagiel. Minęło jeszcze kilkadziesiąt minut i mogliśmy swobodnie rozmawiać z rodakami. Wymieniliśmy pozdrowienia, kilka uwag na temat trasy, życzenia przyjemnej żeglugi, zdjęcia i każdy popłynął w swoją stronę. Anna do Recife my w kierunku wysp Fernando Noronha.

Wiatr nie był sprzyjający. Musieliśmy skierować się na zachód od archipelagu i powoli w deszczu zdobywaliśmy kolejne mile. Po kilkudziesięciu godzinach wiatr zmienił kierunek ale w pobliże wysp trafiliśmy w nocy. Skierowaliśmy więc jacht w stronę Azorów i popłynęliśmy dalej rezygnując z pomysłu plażowania na wyspach. Passat był z bardzo dobrego kierunku, o sile 3-4 stopni w skali Beauforta.

Z prędkością 6-7 węzłów robiliśmy dobrze ponad 120 mil dziennie. Do załogi zamustrowaliśmy Pintę, który nam bardzo pomaga przy prowadzeniu jachtu. Tak nazywamy nasz samoster. Dzięki niemu przez wiele dni nikt nie dotykał koła sterowego. Wachtowanie polegało głównie na obserwacji morza, na którym i tak nie było widać żadnych przeszkód. Od czasu do czasu przyglądamy się tylko ławicom łatających ryb, które wyskakują ponad fale i szybują przez kilkanaście metrów. Czasem jakaś wpadnie nam na pokład. Tolek poskarżył się, że bardzo pogorszył mu się wzrok. Widzi tylko do linii widnokręgu a kiedyś podobno widział znacznie dalej.

Monotonię żeglugi zabijaliśmy na różne sposoby. Ja z Kapitanem ćwiczyliśmy posługiwanie się sekstantem i astronawigację, Tolek zadbał o swoją kondycję fizyczną wykonując rozmaite skłony i wymachy, Wojtek kombinował jak poprawić cyrkulacje powietrza w mesie a Roman nasmażył naleśników. W przyjemnych warunkach, 12 lipca w południe Solanus dotarł do równika. Z tej okazji odbyła się ceremonia chrztu tych, którzy po raz pierwszy dotarli w te szerokości. Przybyły diabły, które przygotowały mnie i Wojtka do spotkania z Neptunem. Zostaliśmy umyci i wyszorowani. Potem przybył sam Neptun, który powitał nas w gronie żeglarzy, którzy przepłynęli równik. Ja przyjąłem imię Jufers. Wojtek został Ortodromą.

Przyjemna i szybka żegluga trwała jeszcze przez dwa dni. Z pomyślnym wiatrem dotarliśmy do czwartego równoleżnika gdzie wpłynęliśmy w pas ciszy. Trzeba było zrezygnować z pomocy Pinty, zrzucić żagle i włączyć silnik, dzięki któremu możemy płynąć dalej. Cisze tropikalne mają też swoje zalety. Na spokojniejszej wodzie Bronek ugotował wyśmienity kapuśniak. Taki sam jak dziesięć lat temu na Spitsbergenie. Wyszedł tego ogromny gar na co najmniej dwa obiady. Pod wieczór 15 lipca przyszła ulewa dzięki której po raz pierwszy od 10 dni mogliśmy wykąpać się w słodkiej wodzie. Wszyscy przerwali kolację i wybiegli na golasa na pokład by skorzystać z okazji zmycia z siebie grubej warstwy soli. Od razu poprawiły się nastroje. Z nadzieją, że niebawem przejdziemy pas ciszy i dogonimy wiatr płyniemy dalej w kierunku Azorów.
Tomasz Marasek
2011.07.06 - Dzisiaj, o godz. 16 czasu polskiego Solanus opuścił Recife – ostatni port Brazylii, jaki załoga odwiedziła okrążając obydwie Ameryki. Teraz „przeskok” przez Atlantyk na Wyspy Azorskie. Ten etap będzie trwał około 6 tygodni bez zawijania do portu. Załoga płynie w 5-osobowym składzie: kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Tomasz Marasek i Wojciech Śmigiel. W Górkach Zachodnich będziemy witać Solanusa na przełomie września i października.
2011.07.05 - Przed wyjściem z Aracaju do Solanusa podpłynęły delfiny. Pląsały sobie radośnie na falach wyskakując co chwila nad wodę. Przyglądaliśmy się temu z uwagą sądząc, że to jedynie wesoły spektakl ale było to chyba raczej poważne ostrzeżenie przed tym co miało nas czekać za chwilę.  W Aracaju właściwie nie ma portu bo trudno byłoby statkom wpływać z morza przez płycizny jakie tworzy ujście rzeki przebiegającej przez to miasto. Wypływając musieliśmy być bardzo uważni, żeby nie osadzić jachtu na mieliźnie a były miejsca gdzie pod kilem pozostawała nam tylko przysłowiowa stopa wody. Dodatkową trudnością były wiatr i fale od strony morza. Warunki idealne do uprawiania surfingu ale niezbyt przyjazne dla 16 tonowego jachtu o stosunkowo dużym zanurzeniu. Do wyjścia należało wyczuć odpowiedni moment gdy fale przyboju nie są jeszcze zbyt duże a poziom wody wystarczająco wysoki żeby bezpiecznie przepłynąć przez ten płytki obszar. Zgranie stałej załogi Solanusa zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Pewnie lawirowali pomiędzy mieliznami i bez przykrych niespodzianek wyprowadzili jacht w morze mimo, że piętrzące się na płyciznach fale rzucały nami we wszystkie strony.  Roman cały czas porównywał naszą pozycję z mapą, Kapitan operował silnikiem a Tolek pewnie kręcił kołem.

Chyba w nagrodę za bezbłędne wyjście z Aracaju dostaliśmy wspaniały, południowo-wschodni passat i z prędkością około siedmiu węzłów gnaliśmy na północny wschód. Na niebie na zmianę obserwowaliśmy Krzyż Południa i ciemne chmury z których padał rzęsisty deszcz. Po drodze minął nas wieloryb. Podążał na południe aby załatwić jakąś ważną sprawę. Co chwila wynurzał się tryskając fontannami wody. W tak pięknych okolicznościach przyrody dojście do Recife zajęło nam zaledwie dwie doby.

Wejście do tego portu było konieczne gdyż  tu należało dopełnić wszystkich formalności żeby zgodnie z miejscowym prawem opuścić Brazylię. W piątek rano zakotwiczyliśmy w basenie oddzielonym od morza prawie czterokilometrowym falochronem. Z uwagi na małą głębokość i silne prądy pływowe nie mieliśmy szansy przycumowania przy żadnym z miejscowych pomostów więc kotwica była jedynym rozwiązaniem. Pozostało przeprawiać się na ląd pontonem co przy sile lokalnych prądów jest bardzo kłopotliwe.

W południe pojechałem z Kapitanem na lotnisko żeby załatwić formalności w pierwszym z urzędów – Policji Federalnej. Choć zajęło nam to ponad pięć godzin, nie załatwiliśmy właściwie nic. Urzędnik uparł się, że musi zobaczyć jednocześnie całą załogę i nie mógł zrozumieć, że przynajmniej trzy osoby muszą być zawsze na jachcie, żeby pilnować jego bezpieczeństwa w razie gdyby kotwica zawiodła. Wróciliśmy wściekli do portu gdzie okazało się, że nie możemy dostać się na jacht pontonem. Było już ciemno a prąd był zbyt silny, żeby ktokolwiek ryzykował przepłyniecie zatoki. Pozostał nam sześciokilometrowy spacer przez wyludnione portowe dzielnice na drugi brzeg gdzie odległość od jachtu była znacznie mniejsza. Szliśmy po ciemku wzdłuż pustych ulic, magazynów i zabudowań portowych. Co jakiś czas zaczepiali nas bezdomni i miejscowi menele. Robiło się coraz bardziej nieprzyjemnie więc poprosiliśmy spotkanych po drodze policjantów o pomoc w wezwaniu taksówki. Panowie zaproponowali, że sami nas podwiozą. Przejechali niedaleko miejsca do którego podążaliśmy po czym zawrócili i pojechali w stronę mariny dla … łodzi motorowych gdzie nas wysadzili. Byli bardzo dumni i zadowoleni z siebie a nasze uwagi, że nie dojechaliśmy tam gdzie chcemy odebrali jako podziękowania, pomachali i odjechali. Postanowiliśmy kontynuować podróż na pieszo choć do celu pozostały jeszcze ponad cztery kilometry. Zainteresował się nami portier z klubu motorowodniaków. Powiedział, ze absolutnie nie możemy iść w tamtą stronę pieszo bo po drodze jest niebezpieczna dzielnica i nie mamy szans przejść przez nią z plecakami. Zamówił taksówkę i nalegał abyśmy z niej skorzystali. Jak się potem okazało mieliśmy wielkie szczęście spotykając tego portiera. Dzielnica, przez którą jechaliśmy przypominała znane z filmów o Brazylii osiedla slumsów. Idąc tamtędy pieszo stracili byśmy prawdopodobnie wszystko co mięliśmy w plecakach (paszporty, aparat fotograficzny, telefony, zegarek i radio UKF).

Przygody pierwszego wieczora w Recife uświadomiły nam, że postój w tym mieście nie będzie należał do przyjemnych. Należało zawsze wracać na jacht przed zmrokiem, gdy prąd odpływu nie jest jeszcze zbyt silny. Szkoda bo Brazylia jest najciekawsza wieczorami. Wtedy prawie zawsze można trafić na uliczne zabawy. W Salwadorze obserwowaliśmy rozbawiony tłum młodzieży, który podążał za ciężarówką, z której słychać było głośną muzykę. Setki ludzi szły kawalkadą, tańczyli sambę i śpiewali. Wszystko przypominało nam obrazki z brazylijskiego karnawału w Rio jakie znamy z TV. W innym miejscu przyglądaliśmy się popisom cappoeiry. Potem w Aracaju trafiliśmy na ludowe święto gdzie także widzieliśmy rozbawione tłumy śpiewających i tańczących Brazylijczyków palących ogniska przed domami. W Recife zauważyliśmy ludzi z bębnami, którzy wybijali rytm, do którego dziewczyny tańczyły sambę. Niestety był to dopiero początek imprezy a my musieliśmy wracać na jacht przed zachodem. Dodatkową bolączką postoju na kotwicowisku był brak dostępu do Internetu. W ciągu dnia zapracowani na jachcie nie mieliśmy czasu iść do miasta skorzystać z kawiarenki internetowej a wieczorami  z opisanych wcześniej powodów też nie było to możliwe. Każdy z nas, korzystając z okazji pobytu w porcie chciałby skontaktować się z rodziną i znajomymi ale niestety nie było to możliwe.

Postój w Recife przeciągnął znacznie się bo w weekend nie mogliśmy załatwić żadnych spraw związanych z odprawą. Poświeciliśmy ten czas na uzupełnienie zapasów żywności, zatankowanie wody i konserwację jachtu. Naprawiliśmy autopilota i zainstalowaliśmy telefon satelitarny. Staraliśmy się też przywrócić wsteczny bieg w silniku ale niestety nie udało się. Będziemy musieli dać sobie radę bez tego. W niedzielę wieczorem poznaliśmy sympatyczną parę z zakotwiczonego nieopodal francuskiego jachtu. Po wspólnej kolacji na Solanusie zostaliśmy zaproszeni na rewizytę podziwiając piękno i luksusy jachtu, którym żeglują nasi nowi znajomi.

W poniedziałek ponownie pojechałem z Kapitanem na lotnisko. Przed wejściem na posterunek Policji Federalnej weszliśmy do informacji turystycznej poprosić kogoś z tamtejszych pracowników o pomoc w charakterze tłumacza z języka angielskiego. Niestety funkcjonariusze posterunku Policji mówią tylko po Portugalsku, którego my zupełnie nie znamy. Nasz problem zrozumiała piękna i bardzo uprzejma Elaine. Natychmiast poszła z nami na posterunek, wytłumaczyła panom dlaczego nie przyszliśmy wszyscy. Nie wiem jak ale sprawiła, że funkcjonariusze odstąpili od sztywnych procedur i w ciągu zaledwie jednej godziny ostemplowali wszystkie paszporty wydając też odpowiednie dokumenty. Brazylijki potrafią owinąć każdego faceta wokół palca i połknąć jak makaron (tak przynajmniej same twierdzą).

Po załatwieniu formalności na lotnisku musieliśmy pojechać na drugi koniec miasta dokonać odprawy celnej a potem jeszcze odwiedzić biuro Marynarki Wojennej. Załatwianie tych formalności zajęło nam cały dzień. Rozmaici urzędnicy zmarnowali ryzę papieru kopiując nasze dokumenty i  wystawiając różne zaświadczenia. Do tego dziesiątki podpisów i kilkanaście pieczęci. Zmęczeni ale szczęśliwi wróciliśmy na jacht. Szczęśliwi bo we wtorek możemy wreszcie ruszać w dalszą drogę ku Europie.
Pozdrawiam
Tomasz Marasek
2011.06.25 - Po wykonaniu niezbędnych prac jacht Solanus z pięcioosobową załogą na pokładzie wypłynął z Salvadoru i udał się w kierunku Recife.
2011.06.19 - Dotarłem na pokład Solanusa. Lot do Salvadoru był dość długi i nużący ale wreszcie spełniło się marzenie by raz jeszcze wziąć udział w długiej wyprawie żeglarskiej z kpt. Bronisławem Radlińskim na jachcie, którym 10 lat temu opłynęliśmy cały Svalbard. Po tamtym rejsie gdy dotarliśmy do Górek Zachodnich ktoś dał mi na powitanie różę. Wrzuciłem ją do morza wypowiadając po cichu życzenie by kiedyś jeszcze popłynąć z kpt. Radlińskim na Solanusie gdzieś daleko. Wiedziałem wtedy, że będzie to trudne do zrealizowania. Kończyłem studia i wkraczałem w etap gdy człowiekowi przysługuje dwadzieścia parę dni urlopu a wyprawy, które prowadzi kpt. Radliński trwają zawsze znacznie dłużej.  Jednak, dzięki dobrej woli i pomocy wielu ludzi w tym mojej żony Agaty, komandora Antoniego Bigaja, sponsorów wyprawy a także moich szefów Państwa Kawałkowskich oraz koleżanek i kolegów z pracy udało się!

Wraz ze mną przyleciał Wojtek Śmigel i razem dołączyliśmy do stałej załogi wyprawy, która w morzu jest już ponad rok. Bronek, Roman i Tolek powitali nas serdecznie wyśmienitą kolacją z miejscowej wołowiny. Wysłuchaliśmy opowieści o ich wyczynach na Nort West Passage, sztormach na północnym Pacyfiku i pod Hornem. Wspominali też spotkania z Polonią na Islandii, w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Meksyku, Chile, Argentynie i tu w Brazylii.

Opowieści trwały długo więc ciężko było wstać następnego dnia rano po zarwanej nocy ale nie było wyjścia. Bez chwili wytchnienia szykujemy jacht do przepłynięcia Atlantyku a to wymaga naprawdę wiele pracy. Pierwszą rzeczą którą należało zrobić było zorganizowanie dźwigu, który wyciągnie jacht na ląd. Łożyska wału wymagały wymiany a nie można było tego zrobić na wodzie. Łódkę wyciągnięto na stojak we wtorek i od tej pory Kapitan wraz z Tolkiem i Romanem wykonują niezwykle ciężką i mozolną pracę. Od świtu do zmierzchu już prawie trzy dni w ogromnym upale,  umorusani w smarach nurkują pod podwieszonym na belce silnikiem i wykonują robotę, która wymaga na zmianę siły, sprytu i precyzji.

Ja z Wojtkiem zajęliśmy się zaprowiantowaniem jachtu na najbliższe kilkadziesiąt dni żeglugi. To jest dość stresujące zajęcie. Należało tak zaplanować zakupy aby dysponując ograniczonym budżetem kupić wystarczająco dużo żywności. Przy tym należało pamiętać aby wybierać produkty, które pozostaną przydatne do spożycia przez odpowiednio długi czas a na jachcie nie mamy lodówki (ruszamy w stronę równika). Dodatkowym utrudnieniem jest to, że w okolicy mariny Bahia, w której stoimy nie ma żadnego marketu a korzystanie z usług miejscowych taksówkarzy nie wchodzi w grę. Wszyscy traktują nas jak bogatych turystów, żądając astronomicznych stawek więc ta najprostsza wydawałoby się opcja dotarcia na zakupy odpada.

Nasze problemy logistyczne pomogła oczywiście rozwiązać niezawodna, miejscowa Polonia! Konkretnie ksiądz misjonarz Franciszek Hanuszewicz, który mieszka w Brazylii już 30 lat. Przyjechał do nas z odległego miasta Arakaju. Wchodząc na jacht ucałował pokład Solanusa, który uznał za część swojej ojczyzny. Wyraził też radość z tego że jesteśmy pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy go odwiedzili. Potem obwiózł nas po kilku hipermarketach, gdzie kupiliśmy łącznie osiem pełnych wózków żywności, artykułów higienicznych itp. Zawiózł też chłopaków do warsztatu, gdzie mogli w profesjonalny sposób wykonać część prac związanych z wymianą łożysk na wale. Natomiast dziś w Boże Ciało odbyliśmy wspólnie procesję po … miejscowych bazarach poszukując kilku niezbędnych rzeczy na rejs. Nie było innego wyjścia bo jutro po dzisiejszym święcie rozpoczyna się kolejne. Dla Brazylijczyków noc Świętego Jana jest niezwykle ważna i nikt nie ma zamiaru pracować.  Od dziś prawie wszystkie sklepy są zamknięte do poniedziałku więc bazar był jedynym miejscem, gdzie mogliśmy coś kupić.

Dziś wieczorem prace naprawcze zostały właściwie zakończone. Mamy też zaształowaną żywność. Przewietrzyliśmy szafki i bakisty wyjmując z nich wszystko co wymagało przewietrzenia i osuszenia. Mam nadzieję, że jutro uda się nam opuścić jacht na wodę, zwiedzić Salvador i niebawem ruszymy w kolejny etap rejsu Morskim Szlakiem Polonii 2010-2011. Pozdrawiamy rodziny i wszystkich przyjaciół.
Tomek Marasek
2011.06.12 Solanus dotarł do Salvadoru. Tutaj odbędzie się większość przygotowań przed być może najdłuższym odcinkiem bez wpływania do portu.
2011.05.25 w godzinach wieczornych czasu lokalnego weszliśmy do zatoki Rio de Janeiro. Lekka mgiełka  przysłaniała cudowne widoki sławnej głowy cukru i gigantycznego pomnika Chrystusa. Mimo tego widoki z morza były imponujące. Weszliśmy do basenu jachtowego Marina da Gloria, gdzie przyjęto nas dość sympatycznie. Tu oczekiwał nas Pan Ignacy Felczak , przedstawiciel Polonii w Rio de Janeiro, który pomagał nam w rozmowach z władzami mariny. Udzielił nam dużo informacji co ciekawego  w Rio można zobaczyć i jak się po tak wielkim mieście poruszać. Następnego dnia odwiedził nas kolega Jarek Rogowski, przedstawiciel młodej Polonii. Zorganizował wspaniałą wycieczkę na głowę cukru, jednocześnie obwożąc nas po Rio w jego najciekawsze miejsca. Jeden dzień musieliśmy poświęcić dla jachtu, robiąc przegląd do następnego etapu. 01.06.11 wychodzimy do Salwadoru. Pozdrawiamy.
Kpt. Bronisław Radliński
2011.05.18 - Florianopolis
Po dwóch dobach postoju w Montevideo [Urugwaj] 09.05.2011r. o godz. 1700 wyszliśmy wyszliśmy w morze kierując się do Brazylii do portu Florianopolis. Pożegnaliśmy się serdecznie z naszym  sympatycznym kolega Tomkiem Surdelem mieszkającym w Buenos Aires, który odbyli z nami krotki odcinek z Buenos Aires do Coloni i Montevideo. Pan Ambasador Jacek Bazański miał zamiar dopłynąć z nami do Montevideo ale ze względu na obowiązki służbowe musiał opuścić nas w Coloni. Montevideo jest pięknym miastem biorąc pod uwagę jego nową i starą architekturę zabudowy. Niestety biurokracja z którą musieliśmy się zmagać odprawiając jacht do Brazylii przerosła nasze oczekiwania. Dwa dni straciliśmy na załatwianie formalności dotyczących odprawy jachtu i załogi. Tomek Surdel  okazał się tu mistrzem w pokonywaniu barier biurokratycznych. Bez jego pomocy zajęłoby to nam kilka dni. Po siedmiu dniach żeglugi tj. 16.05.11 o godzinie 1630 wchodzimy do Florianopolis. Marina, w której zacumowaliśmy okazała się niezbyt przychylna naszej wizycie. Mieliśmy się zatrzymać na kotwicy i dopiero po załatwieniu wszystkich formalności emigracyjnych i celnych pozwolono by nam stanąć przy kei. Znowu biurokracja!!! Nic dziwnego. Taka jest Ameryka Południowa. I znowu mamy szczęście do Poloni. Mieszkający tu pan Edmund Kasperowicz okazał nam niesamowitą pomoc w pokonywaniu barier biurokratycznych, interweniując u najwyższych władz w Florianopolis byśmy mogli legalnie cumować w basenie jachtowym. Udało się!!! Mamy wszystkie zezwolenia na legalny postój. Potwierdza się fakt, że wyprawa Morskim Szlakiem Poloni jest przykładem jak Polonia potrafi być aktywna i pomocna w realizacji tak dużego projektu, jakim jest przejście NWP i Hornu w jednym rejsie. Następny etap to Rio.
kpt. Bronisław Radliński
2011.05.16 - Solanus już rok płynie "Morskim szlakiem Polonii"
W dniu 16 maja 2010 roku bydgoski jacht Solanus, którego armatorem jest Sekcja Żeglarstwa Morskiego LOTTO-Bydgostia-WSG-Bank Poczotwy wyruszył w rejs "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011" - minął jeden rok od wypłynięcia z portu w Górkach Zachodnich w Gdańsku.

W ciągu ostatniego roku załoga Solanusa dokonała wielkich wyczynów żeglarskich pokonując Przejście Północno-Zachodnie oraz opłynęła Przylądek Horn. Przypomnijmy, że podczas pokonywania lodów Przejście Północno-Zachodniego załoga płynęła w składzie kapitan Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Monika Witkowska, Damian Chorążewicz. Natomiast nieprzejednany Przylądek Horn opłynęła w składzie kapitan Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Antoni Bigaj, Włodzimierz Palmowski, Jarosław Pietras.

Prawie każdy port to spotkania z Polonią. Solanus jest bardzo entuzjastycznie przyjmowany przez mniejsze grupy Polaków jak np. w Nuuk na Grenlandii jak i przez setki Polaków w dużych aglomeracjach jak to było np. w Vancouver w Kanadzie. Warto podkreślić, że w rejsie uczestniczyli również przedstawiciele władz Rzeczypospolitej Polskiej: na odcinku Los Angeles-San Diego dołączyła do załogi Pani Joanna Kozińska-Frybes - Konsul Generalny RP w Los Angeles wraz synem Janem Jakubem, oraz na odcinku Buenos Aires (Argentyna) - Colonia (Urugwaj) Pan Jacek Bazański - Ambasador RP w Buenos Aires.

Podczas rejsu Solanus odwiedził wiele krajów: Polska, Dania, Norwegia, Wyspy Owcze, Islandia, Grenlandia, Kanada, Stany Zjednoczone Ameryki, Meksyk, Ekwador, Chile, Argentyna, Peru, Urugwaj.

Trudno opisać wszystkie sytuacje i przygody, które spotkały dzielną załogę Solanusa podczas 365 dni rejsu. Na pewno można znaleźć wiele ważnych dla wyprawy momentów takich jak awaria i naprawa silnika na nabrzeżu portu w Ilulissat na Grenlandii, niezwykle trudne było spotkanie z zimnem i lodami Przejścia Północno-Zachodniego, sztormy po minięciu Aleutów na Oceanie Spokojnym, 41 dni bez dobijania do portu na odcinku Galapagos-Valparaiso oraz sztormy podczas opływania Przylądka Horn.

W dzienniku pokładowym Solanusa jest zapis o przepłynięciu ponad 22.000 mil morskich. Jest to więcej niż obwód kuli ziemskiej wzdłuż równika, który wynosi 40.077 km tj. 21.630 mil morskich. Do Gdańska zostało załodze jeszcze do przepłynięcia około 9.500 mil morskich. Będziemy ich witać w połowie października.

Można pogratulować kapitanowi Bronisławowi Radlińskiemu i załodze jachtu Solanus wysokich umiejętności żeglarskich i podkreślić dzielność jachtu Solanus udowodnioną w najtrudniejszych warunkach żeglowania morskiego.
08.05.2011 - Montewideo
Droga od Ushuai do Buenos Aires zajęła nam 18 dni. Przed Buenos Aires odwiedziliśmy sympatyczny port  Mar del Plata. Żeglowaliśmy w trzyosobowym  składzie. Przed wejściem do Buenos Aires chcieliśmy trochę odpocząć. Atlantyk w szerokościach 40°S wcale nie był taki przyjazny. Dostaliśmy w przysłowiową kość. Parę sztormów o sile od 8 do 9 w skali Beauforta  to normalna rzecz w tej części świata czego doświadczyliśmy. Doba postoju wystarczyła nam na odpoczynek.

W jachtklubie Buenos Aires czekała nas poważna operacja wystawienia  Solanusa  na ląd, pomalowania go farbą antyporostową i zamocowania anod antykorozyjnych. Przed wystawieniem jachtu z wody trzeba było załatwić  wszystkie formalności papierowe i finansowe z tym związane, co nie było  łatwe. Argentyna to wielka dżungla biurokracji. Przestrzegamy wszystkich żeglarzy wybierających się do Argentyny. Bardzo dużo pomagał nam w załatwianiu spraw papierkowych Janusz Ptak, mieszkający Polak w Argentynie. Wspaniały człowiek, wielki przyjaciel wszystkich żeglarzy z Polski. Po sprawdzeniu stanu technicznego jachtu, pomalowania go i zamocowaniu anod, co zajęło nam dwa dni, byliśmy już na wodzie.

Nareszcie znaleźliśmy czas na przyjęcie oficjalnego zaproszenie do Ambasady Polskiej w Buenos  Aires, gdzie gościł nas Ambasador  Polski Pan Jacek Bazański . Mieliśmy zaszczyt gościć go w naszej załodze ,w etapie rejsu z Buenos Aires do Coloni w Urugwaju. Zaproszono nas do Domu Polskiego gdzie spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi z Polonii.

W Buenos Aires do załogi dołączyła koleżanka z Kanady Joanna Głowacka. Obecnie ,to jest dnia 08.05.2011, stoimy jeszcze w Montewideo w Urugwaju i 09.05.2011 ruszamy do Rio de Janeiro.
Kpt. Bronisław Radliński
04.05.2011 - Wyplynelismy z Buenos Aires. Kierunek Colonia, a potem Montevideo w Urugwaju. W zalodze poza stałą ekipą (kpt. Radliński, Nowak, Kantak) dodatkowo Ewa Janiak (biuro podrozy Agatur), Joanna Glowacka (z Kanady), Tomasz Surdel (Gazeta Wyborcza) i nizej podpisany (ambasador RP w Buenos Aires). Liczymy, że do Colonii dotrzemy noca.
Pozdrawiam, Jacek Bazanski

30.04.2011 - Kapituła konkursu WYPRAWA ROKU będącego integralną częścią Festiwalu Cywilizacji i Sztuki Mediów, Odkrywców i Podróżników MEDIATARVEL 2011 przyznała Nagrodę Główną im. Stanisława Szwarc-Bronikowskiego dla uczestników i oranizatorów wyprawy "Przejście Północno-Zachodnie jachtem Solanus".
Podczas uroczystość wręczenia nagród, która odbyła się 30 kwietnia 2011 r. w Muzeum Kinematografii w  Łodzi uczestnik etapu "Przejścia Północno-Zachodniego" Damian Chorążewicz odebrał statuetkę ELDORADO AWARD. www.mediatravel.pl www.wyprawaroku.pl

 

 

26.04.2011 - Solanus dotarł do Buenor Aires.

 

 

21.04.2011 - Stoimy w Mar Del Plata. Mieliśmy sztorm podobny do tego z północnego Pacyfiku. Chwila wypoczynku i jutro ruszamy do Buenos Aires. Mamy jeszcze ok. 300 Mm. Będziemy stali w Yacht Club Argentino w San Fernandes.

 

 

08.04.2011 - Kurs Buenos Aires
O godz. 11.00 czasu polskiego SOLANUS wykorzystał chwilowe zmniejszenie siły wiatru i wypłynął z Ushuaia. Według relacji kapitana Bronisława  Radlińskiego i I oficera Romana Nowaka (rozmowa za pośrednictwem SKYPE) wszystkie prace zostały wykonane, łącznie ze skróceniem uszkodzonej wanty. Jednak przez 3 ostatnie dni bardzo silny wiatr wiejący w kanale Beagle nie pozwalał na wyjście z portu. Następnym portem, do którego SOLANUS zamierza zawinąć jest Buenos Aires. Niestety, nie udało się naprawić nadajnika SPOT ani telefonu satelitarnego Open Port. Informacje z i na jacht będą przekazywane wyłącznie poprzez SMS-y. Dlatego pozycja jachtu będzie nanoszona ręcznie, w ramach możliwości, raz dziennie. Prosimy o wyrozumiałość.
Już z lądu
Antoni Bigaj

 

 

29.03.2011 - Przylądek Horn!
Nareszcie minęliśmy Przylądek Horn! Na tę chwilę czekaliśmy ponad 10 miesięcy. Mamy to za sobą. Nieprzejednany przywitał nas sztormem do 10 stopni Bouforta. To drugi taki sztorm w tym etapie. Dostaliśmy w kość, ale z taką załogą można dać sobie radę w każdych warunkach. Teraz rozpoczyna się powrót do kraju. Przed nami jeszcze bardzo długa droga.
Tolek, Włodek i Jarek wracają do kraju samolotem, a my w trójkę płyniemy dalej. Przetestowaliśmy już to na północnym Pacyfiku z Nome do Vancouver, więc damy radę.
Przystanek w Puerto Williams był bardzo sympatyczny. Spotkaliśmy polskich żeglarzy. Byli bardzo zdziwieni, że przepłynęliśmy taki kawał drogi. Podczas kontroli takielunku zauważyliśmy zerwanie 3 drutów wanty kolumnowej grotmasztu. Mimo, że olinowanie jest ze specjalnych lin tzw. strunowych, niezliczone sztormy zrobiły swoje. Jest to kolejna poważna awaria. W Ushuaia będą warunki, żeby wantę zdemontować i na nowo "zarobić" końcówki. Na południowym Atlantyku o tej porze roku także szaleją sztormy i jacht musi być absolutnie sprawny.
Następny port, który zamierzamy odwiedzić, to Buenos Aires. Ponad 1600 mil. Mamy problem z telefonem satelitarnym i SPOT-em (urządzeniem automatycznie wysyłającym naszą pozycję). Tutaj nie ma serwisu, który by nam pomógł. Dlatego na tym etapie może być problem z łącznością. Będziemy się starać wysyłać naszą pozycję poprzez SMS-y z drugiego telefonu satelitarnego, ale mogą one być nieregularne. Myślę, że w Buenos Aires wszystko naprawimy.
Przesyłamy kilka zdjęć z Hornu.
Z Puerto Williams kpt. Bronisław Radliński
30.03.2011 - Solanus dotarł do Puerto Williams kończąc etap opłynięcia Przylądka Horn.

 

 

29.03.2011 - SMS: Solanus minął lewą burtą Przylądek Horn o godz. 18.32 UTC. Kapitan Bronisław Radliński z załogą.

 

 

22.03.2011 - Nominacje Wyprawa Roku - Mediatravel 2011
Trwa wielka wyprawa bydgoskich żeglarzy. Aktualnie jacht Solanus z sześcioosobową załogą na pokładzie zmierza w kierunku Przylądka Horn.
Tymczasem etap "Przejścia Północno-Zachodniego", kapitan Bronisław Radliński oraz książka "Port Macierzysty Bydgoszcz" zostały zgłoszone do konkursu Wyprawa Roku Mediatravel 2011. Zapraszamy do głosowania w kategoriach: EXTREME, WRITING, SPECIAL

 

 

16.03.2011 - Pacyfik południowy
Znajdujemy się obecnie na pozycji 58 st. 50,7'S i 079 st. 02,3'w na gdoz. 10.00 czasu jachtowego. Z Valparaiso wyszliśmy 10 marca o godz. 21.40. Jak widać z pozycji, w ciągu pięciu dni zrobiliśmy kawał drogi na południe. Duje zdrowo. 6 w skali Bouforta, to standard. Jak będzie dalej? Na pewno nie mniej.
Sprawdzamy olinowanie i cały takielunek co parę godzin. Wczoraj, tj. 15.03. mieliśmy poważną awarię na topie grotmasztu. Fał rolfoka został po prostu przecięty jak żyletką i spadł na pokład. Wjazd na maszt gwarantowany. Mieliśmy dużo szczęścia, że wiatr w tym momencie oslabł, i to zdecydowanie. Neptun dał nam możliwość naprawy awarii.
Przy dużym rozkołysie dwa razy windowaliśmy Jarka na top grotmasztu. Cała operacja skończyła się szczęśliwie. Awaria została usunięta. Znaleźliśmy też jej przyczynę. Niedoróbka człowieka z firmy zewnętrznej sprzed roku... Niemożliwa do stwierdzenia podczas kontrolnego wjazdu na maszt w porcie.
W dalszym ciągu mamy awarię SPOT-a. Nie mamy możliwości automatycznego wysyłania pozycji jachtu. Od wczoraj raz dziennie podajemy SMS-em naszą pozycję Michałowi Żurawskiemu przez telefon satelitarny. On z kolei sukcesywnie nanosi ją na mapę internetową.
Poza tym trzymamy się mocno. Cała reszta funkcjonuje normalnie.
Serdecznie pozdrawiam. kpt. Bronisław Radliński

 

 

11.03.2011 - Nareszcie w morzu!!!
Ale zanim o wypłynięciu - trochę o tsunami. Michał Żurawski i Tomek Szymanowicz informują nas na bieżąco o rozwoju sytuacji. Tutaj, gdzie jesteśmy japońskie tsunami nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia. Fala już się wyciszy. Na pełnym oceanie gdzie jesteśmy, będzie to tylko jedna, trochę większa, fala. Tsunami jest bardzo groźne przy brzegu i na zwężeniach pomiędzy wyspami. Dziennikarze informują Was o tym na pewno na bieżąco.

A teraz wracam do rejsu.
O mały włos, a nasze wyjście byłoby rzeczywiście "maniana". Pani sekretarka w klubie zapomniała(!!!) nam przekazać telefonicznej informacji z Armada de Chile, że musimy pojechać do Valparaiso podpisać dokumenty i odebrać pozwolenie na pływanie na Hornie. To tylko formalność, ale bez niej mogliśmy mieć kłopoty.
Dosłownie na pół godziny przed wypłynięciem przybiegł do nas bosman Rodrigo Cassas i powiedział, że musimy z kapitanem pojechać do Armada de Chile. Bardzo uczynny i zaprzyjaźniony bosman był wyraźnie zdenerwowany. Wszystko odbyło sie bez problemów. Tyle tylko, że wróciliśmy na jacht po 20. A jutro (maniana) piątek. Żeglarze nie są przesądni, ale wolą z Neptunem nie zadzierać i starają się w piątek nie wychodzić z portu.

Koledzy przygotowali jacht do odejścia, więc o 2140 byliśmy już za główkami. Pacyfik przywitał nas swoją drugą nazwą: Ocean Spokony. Przez 2 wachty (8 godzin) w dzienniku pod "sila wiatru" i "stan morza" jest zapis "0". Mowimy: gladź. Na szczęście silnik działa super sprawnie, a oczyszczenie kadłuba dodało skrzydeł Solanusowi. Pędziliśmy 5-6 węzłów! Bronek mówi, że tak płynął ostatni raz w okolicach San Francisko.

Teraz powiało 3-4 z Nord, więc "grzejemy" baksztagiem nawet do 7 węzłów. Świeci piękne słońce. Neptun przywitał mnie i Włodka Palmowskiego bardzo serdecznie. Dzięki Ci, Neptunie. Dbaj o nas dalej.
Z pokładu Solanusa, nareszcie na pełnym oceanie, Antoni Bigaj

PS. Serdeczne podziękowania dla Jacka Mrowickiego za dodatkową antenę do jego telefonu Iridium. Mamy cały czas pełną łączność i wszystkie SMS-sy dochodzą. Czytamy je bardzo chętnie.


11.03.2011 - Załoga Solanusa wie o trzęsieniu ziemi w Japonii. Jest informowana o sytuacji i otrzymała mapki zagrożonych terenów, które są publikowane w mediach.



11.03.2011 - Solanus z sześcioosobową załogą w składzie kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Antoni Bigaj, Włodzimierz Palmowski, Jarosław Pietras wyruszył w kierunku Przylądka Horn.



10.03.2011 - Niestety, to już 10 marca 2011r. [ foto ]
Gospodarze są niezwykle uczynni, ale daje o sobie znać "maniana" - jutro. Slipowanie jachtu - jutro; naprawa zawiasów - jutro. No i najgorsze: odprawa - jutro. Tak było do wczoraj. Robimy wszystko, żeby to się skończyło "dzisiaj".

Po wyciągnięciu z wody cała część podwodna jachtu została oskrobana z przyczepionych tam żyjątek morskich. A było tego co niemiara. Sprawdziliśmy śrubę napędową oraz mocowanie steru. Kilka śrub mocujących płetwę sterową trzeba było dokręcić. Woda oceaniczna jest bardziej słona od bałtyckiej i anody cynkowe są bardzo mocno zużyte. W Valparaiso nie udało nam się ich kupić i wymianę musimy zostawić na Buenos Aires. Tolek Kantak zabezpieczył wszystkie skylighty specjalnie dopasowaną sklejką. Na morzu nie będzie na to czasu. Tolek sprawdził też wszystkie zabezpieczenia na masztach.

Kupiliśmy brakujące mapy. Zatankowaliśmy paliwo i wodę. Niestety, smak i zapach tutejszej wody pitnej nie przypomina naszej... Romek ściągnął prognozy pogody. Kapitan Radliński z oficerami przedyskutowali taktykę płynięcia. Teraz czekamy tylko na odprawę Armada de Chile.

Czas, niestety, biegnie bardzo szybko i jest już strasznie późno na opłynięcie Hornu. Chcemy wypłynąć zaraz po odprawie. Mamy nadzieję, że nie... maniana.
Spróbujemy przesyłać informacje z trasy poprzez telefon satelitarny. Pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich, dzięki którym możemy kontynuować tę Wyprawę.
Kpt. Bronisław Radliński z całą załogą.


07.03.2011 - Pobudka po 7. Po śniadaniu jedziemy z Romkiem do pralni  i po resztę zakupów. Jarek z Włodkiem opróżniają forpik. (Jak tam się zmieściło tyle rzeczy!!). Trzeba to jakoś tak zasztauować, żeby nawet w bardzo trudnych warunkach można było wszystko znaleźć. Przed wypłynięciem postaram się wysłać jeszcze garść informacji...
Z Club de Yates Higuerillas w Chile Antoni Bigaj

06.03.2011 - Przybycie Solanusa zakończyło nasze czekanie...
Nareszcie w piątek zobaczyliśmy charakterystyczną sylwetkę naszego jachtu. Ale niestety, straż graniczna - Armada de Chile wskazała boję obok wejścia do klubowego basenu. Jest godz. 17. Prawdopodobnie odprawa dopiero rano, bo 3 służby (straż graniczna, służby celna i sanitarna) muszą dojechać z Valparaiso... Kpt. Radliński i załoga są załamani. 43 dni w morzu i jeszcze tyle czekać... A nam grozi nocka na klubowej podłodze, bo hotelu już nie mamy. O nowym nie ma co marzyć, bo jest weekend.

I tutaj włączył się do akcji dyrektor "naszego" Club de Yates Higuerillas. Pozostał w Klubie po skończeniu pracy i, używając tylko sobie znanych sposobów, namówił wszystkie służby, żeby przyjechały jeszcze tego samego dnia samochodami i "podstawił" klubową motorówkę do ich przewiezienia na jacht.

O 21 zaczęła się odprawa i po pól godzinie było po wszystkim. Odprawa polegała na popatrzeniu w dokumenty, złożeniu gratulacji za przejście Nord-West Passage i ostemplowaniu... swoich dokumentów pamiątkową pieczątką Wyprawy.

Cumowanie w marinie o 22.20. Uściski, wspomnienia, lekka kolacja i do koi. Nareszcie u siebie. Mamy z Włodkiem dość łóżek hotelowych. Rano, w sobotę, ustalenie prac, podział zadań i do dzieła. Na obiad załoga serwuje ostatni słoik schabu z Polski. Smakuje super, chociaż był zrobiony... 10 miesięcy temu, w maju zeszłego roku. Danusia Stachecka i Jola Pochowska z baru DUET - gratulacje!!!

Jeszcze tylko ustalenie "oficjałki" na niedzielę. Zapowiada się Pani Konsul, Grażyna Machałek ze swoimi współpracownikami i kilka osób z nielicznej tu Polonii. Władze Klubu też chcą się spotkać, wymienić proporczyki. Ustalamy spotkanie na godz. 11 w niedzielę.  Zgodnie z tutejszymi obyczajami spotkanie zaczyna się z godzinnym opóźnieniem... Dla Klubu wizyta Solanusa, to zaszczyt. Solanus jest pierwszym jachtem, który tu zawitał po przejściu N-WP. Gospodarze nie chcą słyszeć o zapłacie za postój. Do dyspozycji stawiają nam całą klubową infrastrukturę, w tym: natryski, basen i internet.  Jest też możliwość
wyslipowania jachtu i oczyszczenia go z wodorostów.  W trakcie spotkania "tubylcy" z uwagą słuchają opowiadania kpt. Radlińskiego o wyprawie. A już sensacją była książka "Port macierzysty Bydgoszcz".  Szczególnie jej hiszpańskie streszczenie. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia. Goście rozjeżdżają się do domów, a my... do pracy i na zakupy. Na szczęście Mikołaj From dysponuje pick-upem. Wraca nim po odwiezieniu do domu rodziny. Niedaleko jest market JUMBO, więc 4 wózki napełniają się zakupami bardzo szybko. Już po północy wnosimy to wszystko na pokład. Szztauowanie rano.
Antoni Bigaj


05.03.2011 - Załoga Solanusa płynąca w składzie kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Jarek Pietras zakończyła odcinek Galapagos-Valparaiso. Po 41 dniach żeglugi Solanus z czteroosobową załogą na pokładzie dotarł do Valparaiso. To dotychczas najdłuższy przelot bez zawijania do portu podczas rejsu "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011".
W Chile załoga przygotuje się do dalszego żeglowania, zrobi  niezbędne zakupy oraz dokona przeglądu i drobnych napraw jachtu. Z Valparaiso Solanus ruszy do drugiego najtrudniejszego po Przejściu Północno-Zachodnim etapu - wokół Przylądka Horn. Będą  w nim uczestniczyli również Antoni Bigaj i Włodzimierz Palmowski.

W dniu 5 marca br. w Dworze Artusa w Gdańsku kpt. Aleksander Kaszowski oraz Monika Witkowska i Damian Chorążewicz odebrali w imieniu kpt. Bronisława Radlińskiego II Nagrodę Honorową "Rejs Roku 2010" za pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego. W etapie Przejścia Północno-Zachodniego uczestniczyła załoga w składzie kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Monika Witkowska i Damian Chorążewicz.
03.03.2011 - W oczekiwaniu  na Solanusa
Niestety, oczekiwanie na Solanusa się przedłuża. Jacht ma jeszcze ok. 100 Mm do Valparaiso. Staramy się jakoś wypełnić czas. W zoo w Santiago zwierząt nie za wiele. Znaleźliśmy jednak ciekawe spojrzenie na ewolucję człowieka.
Coś w tym jest...
Mikołaj From umówił nas na spotkanie z Wolfgangiem Scheuberem.  Wolfgang pływał przez ponad 20 lat na statkach handlowych jako szef kuchni. Oprócz pieniędzy dorobił się niesamowicie potężnej kolekcji eksponatów marynistycznych. Teraz Wolfgang ma restaurację Hamburg w Valparaiso, drugą w pobliskiej miejscowości i dom w górach. Wszystkie te miejsca są szczelnie wypełnione eksponatami. A przybywa ich jeszcze, bo goście Wolfganga stale mu przywożą coś ciekawego. Trochę też kupuje, ale tylko na specjalnych okazjach. I, oczywiście, tylko oryginały. Żadnych podróbek, żadnej tandety. Wśród eksponatów wiele poloników. Wolfgang wszystkie je wynajdywał i z dumą nam pokazywał. Na dodatek Wolfgang zrobił nam grila w domu w górach. W użyciu były wszystkie języki: niemiecki, angielski, hiszpański i polski...

W restauracji wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej. Całe popołudnie i wieczór szybko minęły. A gospodarze zapomnieli, że to ostatni dzień wakacji. Mimo, że autobusy z Valparaiso do Santiago odjeżdżają co 10 - 15 minut, na ten dzień już nie było ani jednego wolnego miejsca. Wiele osób rozkładało się na ławkach w pobliskim parku. Na szczęście był z nami Mikołaj. Po szybkiej konsultacji z żoną, Barbarą, zaproponował nam nocleg u siebie w domu. Cóż było robić. Dla pewności kupiliśmy bilety na ranny autobus. U Państwa From wypiliśmy wspólnie herbatę i do łóżeczek. Rano, już bez komplikacji, pojechaliśmy do Santiago.

Po trzeciej przeprowadzce mieszkamy nad oceanem. Z tarasu widzimy wejście do mariny, gdzie będzie wpływał Solanus. Ale kiedy? Neptun nie chce odpuścić.  Kpt. Radliński pisze nam, że to z powodu sanitarnych przepisów chilijskich. Tutaj nie wolno wwozić żadnej żywności. Aby  nie zniszczyć zapasów jachtowych, wyjadają resztki prowiantu. Zostały im tylko flaczki i konserwy mięsne.

Miejmy nadzieję, że już niedługo ich przywitamy. I uczcimy spóźnione 60-te urodziny kapitana (2 marca Bronek dołączył do naszego zacnego grona 60-latków. On mówi: leśnych dziadków... ;-)
Z Valparaiso Antoni Bigaj

28.02.2011 - Nowi członkowie załogi czekają w Santiago de Chile/Valparaiso/Concon
Jesteśmy w Chile. Santiago przywitało nas w czwartek słońcem i temperaturą +32 st. C. Przeskok z -24 mrozu, to niesamowite wrażenie. Nasz przyjazd zwiększył liczebność Polonii w Chile o 1%, a przybycie Solanusa zwiększy o dalsze 2%. W całym Chile mieszka ok. 200 Polaków. Ale wszyscy są bardzo serdeczni i pomagają nam na wszelkie sposoby.

Pani konsul Grażyna Machałek skontaktowała nas z osobami, które bezpośrednio mogą nam pomóc. W trakcie proszonej kolacji poznaliśmy 2 Polki mieszkające tu od bardzo dawna. Wymieniliśmy bieżące informacje, a Panie przekazały nam wiele praktycznych rad na czas pobytu w Chile.

Pan Maciej Raniewicz z biura podróży „TRADE 2000 TourOp” zajął się naszym pobytem w Valparaiso, a Mikołaj Form – naszym pobytem nad morzem.

We wtorek, 1 marca, przeprowadzamy się nad Pacyfik, niedaleko mariny, w której będzie stał Solanus. Marina Jacht Club Higuerillas w Conco leży ok. 20 km na północ od Valparaiso. W samym Valparaiso, niestety, nie było miejsca, gdzie moglibyśmy jacht wyciągnąć z wody, oczyścić i pomalować.

Solanus, niestety, płynie bardzo wolno. Będzie tutaj za 3-4 dni.

Zabijamy ten czas zwiedzaniem samego Santiago i okolic, a Horn czeka…
Antoni Bigaj
Włodzimierz Palmowski

27.02.2011 - Długo zastanawiałem się czy jest sens napisania informacji do serwisu internetowego strony Solanusa jeszcze przed dopłynięciem do Valparaiso. Głównym powodem takiego rozważania jest to, że od ostatniej informacji z dnia 18.02.11 nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, poza tym że od wypłynięcia z Galapagos upłynęło 37 dni i jeszcze nie jesteśmy w Valparaiso.

Od rozpoczęcia wyprawy, jak do tej pory, jest to najdłuższy nasz przelot czasowy non-stop bez zawijania do portu. W prognozach pogody praktycznie nic się nie zmienia. Wieje ciągle z SE do S, a więc termin dojścia do Valparaiso ciągle się wydłuża, biorąc pod uwagę że mamy jeszcze około 250 mil. Kończą się zapasy żywności, wody i paliwa a więc jest już najwyższa pora zawinąć do portu. Dostaliąmy na telefon satelitarny smsa od Tolka Bigaja i Włodka Palmowskiego, że już czekają na nas od trzech dni.

25.02 to jest od 35 dni, w nocy przed dziobem z kierunku SE, widzieliśmy rozświetlony białym światłem duży obszar Oceanu. Na pierwszy rzut oka, wyglądało to tak, jakby na odległym lądzie (350 mil) było duże miasto dające charakterystyczną białą łunę z wyraźniej świecącymi miejscami obok siebie. Nad ranem okazało się, że były to statki rybackie bandery chińskej i to dość duże. Naliczyliśmy ich około 30. W nocy podczas połowu używały bardzo silnych świateł, oświetlając się wokół siebie. Efekt świetlny był niesamowity. Ciekawe co za gatunek ryb lub stworzeń morskich mogą tu poławiać. Widok tak rzadko spotykany od dłuższego czasu przez nas na tym wielkim wodnym pustkowiu. Żeby tak któryś chciał podrzucić z 200 litrów paliwa. ;-) Pędzili byśmy do portu ile tylko koni w silniku. Pomarzyć dobra rzecz, bo cóż nam właściwie pozostało? Cierpliwie wydzierać każdą milę oceanowi.
kpt. Bronisław Radliński

18.02.2011 - Pacyfik Południowy
Ciągle płyniemy pod wiatr, całe szczęście że nie pod prąd, w końcu jesteśmy około 500 mil od brzegów Ameryki Południowej i 700 mil od Valparaiso, gdzie praktycznie nie ma oddziaływania prądu Humbolta.  Natomiast pasat południowo wschodni  zmusza nas do bardzo długich halsów raz w kierunku SE to zaś w kierunku SW. Średnia siła wiatru wynosi około 4 do 5 węzłów, a więc nie są to warunki do płynięcia na silniku pod wiatr.

Mielibyśmy bardzo małą prędkość a co za tym idzie małe przebiegi dobowe, przy dużym zużyciu paliwa. Na jachcie ogólnie możemy pomieścić 1000 litrów paliwa . Zbiorniki jachtowe mogą pomieścić 660 litrów i dodatkowo zabraliśmy 380 litrów w kanistrach.  Wykorzystujemy zatem brak wiatru płynąc na silniku w dobrym kierunku, prosto na Valparaiso. Cała taktyka zmiany halsów i płynięcia na   silniku uzależniona jest od prognozy (GRIB) jaką dostajemy od Tolka Bigaja z Polski.

Generalnie zdecydowanie dużych zmian nie ma bo pasat  przechodzi tylko od SE do S. Ale dla nas jest ważne, kiedy przechodzi i jak długo utrzyma swój kierunek i z jaką siłą. Jak można się zorientować  z mojego nudnego opisu, taka też jest i nasza żegluga. Zdobywamy milę po mili, przesuwając się w żółwim tempie do przodu. Ktoś, kiedyś dobrze  określił, że żeglowanie wymaga cierpliwości, spokoju i wytrwałości.
Po 9 miesiącach żeglowania ja to rozumie, ale żeby osiągnąć cel w interesującym nas czasie, trudno o cierpliwość i spokój. Tym bardziej że w Valparaiso będą czekać koledzy którzy mają płynąć z nami dalej na Horn. Jak by na to nie patrzeć nie wszystko jest zależne od naszych poczynań. Jesteśmy skazani na wytrwałość i cierpliwość.  Czas w jakim  powinniśmy  być w Valparaiso ucieka w szaleńczym tempie a my jeszcze daleko od celu. I jak się tu nie stresować.

Parę dni wcześniej skorzystaliśmy z pięknej pogody (Ocean wyglądał jak lustro, temperatura wody 25 stopni  Celsjusza,  słońce grzało jak piekarnik) i postanowiliśmy  zażyć kąpieli. Nadarzyła się, więc okazja do oczyszczenia burt jachtu z muszli i wodorostów w miarę naszych możliwości.  Jednak po dokładnych oględzinach części podwodnej jachtu, okazało się, że trzeba będzie w Valparaiso zrobić to dokładnie.
Kpt.  Bronisław Radliński

15.02.2011 - Solanus walczy z przeciwnymi wiatrami, podaza do Chile.

 

14.02.2011 - Pinto steruje

Od wypłynięcia z Galapagos minęło 23 dni i przepłynęliśmy 1700 mil. Średnie dobowe przebiegi nie są rewelacyjne. Wynoszą około 60 - 70 mil. Wynika to z sytuacji hydrologiczno-meteorologicznej jaka panuje w tym okresie na tych akwenach Pacyfiku. Prąd Humbolta działający wzdłuż Ameryki Południowej z prędkością około 2 węzłów jest skierowany z południa na północ w pasie o szerokości około 200 mil. Wiatry z kolei wieją z kierunku południowo wschodniego do południowego. Praktycznie jest tak przez cały rok. Od stycznia do marca wieją wiatry zmienne, ale dopiero na 30 stopniach szerokości południowej. Ciągle płyniemy na południe nabierając wysokości do Valparaiso, bo tak pozwala nam wiatr. Jeśli choć przez chwilę ucichnie, odpalamy silnik i gnamy ile się da wprost na Valparaiso kursem SE. Wiatr wieje z siłą 4 stopni Beauforta.


Od dziesięciu dni płyniemy na samosterze wiatrowym (windpilocie). Sprawuje się znakomicie jeżeli dobrze się go wytrymuje. Praktycznie wachty spędzamy częściej pod pokładem, a Pinto jak nazwaliśmy naszego wspaniałego sternika, steruje chyba lepiej niż my. Przy bardzo silnych wiatrach lub kiedy płyniemy na silniku  przechodzimy na sterowanie ręczne. Mamy wtedy większą kontrole nad kursem jachtu. Tak naprawdę nie korzystaliśmy z usług Pinto przy wiatrach powyżej 8 stopni Beauforta. Będzie jeszcze wiele okazji.

Do Valparaiso jeszcze około 1100 mil. Przy takiej prędkości średnio 2 do 3 węzły termin przybycia jest nie optymistyczny. Tym bardziej że tam będą czekać koledzy którzy płyną z nami na Horn. Jednak jesteśmy dobrej myśli. Pacyfik jest nieprzewidywalny i robi czasami różne niespodzianki. Miejmy nadzieję że zrozumie biednych żeglarzy i pomoże im dotrzeć w miarę szybko i bezpiecznie do portu przeznaczenia.

Co pewien czas robimy przegląd żywności, jej stanu świeżości oraz ilości. Wygląda na to że w Valparaiso trzeba będzie uzupełnić sporo żywności. Wszystkie puszki rybne, mięsne oraz weka mięsne, specjalnie robione na długi okres rejsu, wystarczą może na miesiąc przy cztero osobowej załodze. Jest okazja podziękować Wiesi Siódmiak za chleb który co do jednego bochenka, został skonsumowany, bez żadnych strat, utrzymując dobrą kondycję od maja do października. Mistrzostwo świata w piekarnictwie. Chleb można kupić praktycznie w każdym porcie, ale jego smak i jakość pozostawia wiele do życzenia. Psuje się po tygodniu. Mamy własny piekarnik, agregat 220V, mąkę, drożdże i możemy wypiekać chleb sami. Właśnie dzisiaj wypadło na Romka. Zapach świeżego chleba roznosi się po całym jachcie. Może nie jest tak doskonały jak Wiesi, ale świeży i da się go zjeść. Następny piecze Jarek, Tolek i Ja.

Zachmurzone niebo ołowianymi chmurami nie powoduje wesołego nastroju wśród załogi. Czasami przez nie przebija się słońce dając nam trochę nadziei że jutro będzie lepiej.               
kpt.Bronisław Radliński

 

08.02.2011 - Pacyfik
Jak można było się zorientować z wysłanych przez nas codziennych spotów 18.01.11 r. o godz 2145 dopłynęliśmy (co prawda nielegalnie) do wysp Galapagos będocych pod jurysdykcją władz Ekwadoru.

Zakotwiczyliśmy w zatoczce wyspy Santa Cruz. Od żeglarzy polskich mieszkających w USA i Meksyku których wcześniej odwiedzaliśmy, dowiedzieliśmy się że właśnie na tej wyspie można zatrzymać się nie więcej niż 3 dni, dokumentując swój pobyt tankowaniem wody i paliwa. I tak też się stało. Warunek był też taki że na ląd nie można było transportować się na własnym pontonie, tylko trzeba zamówić wodną taxi która w dzień od osoby kosztuje 0,5 dolara a w nocy 1 dolar. Przed wyjściem do Valparaiso gdzie czeka nas 2500 mil będziemy potrzebowali rzeczywiście świeżych warzyw, owoców, wody i paliwa. Rano musimy się jakoś odprawić i zrobić rozeznanie co do kupna wymienionych artykułów. Wyspa jest piękna mimo że cywilizacja daje o sobie znać w postaci pięknych hotelików i asfaltowych dróg.

Odprawę załatwiamy u agenta który właśnie obsługuje żeglarzy i to chyba takich jak my, czyli bez zezwoleń władz Ekwadoru. Warunek - postój nie będzie trwał dłużej niż parę dni i trzeba na dzień dobry zapłacić 100 dolarów za dzień postoju na kotwicy. Na Galapagos obowiązującą walutą jest dolar amerykański. My tyle zapłaciliśmy za cały postój.

Trafiliśmy na dobry dzień agenta. Dzięki jego sympatii do naszego jachtu i nas samych bo przecież przypłynęliśmy z bardzo dalekiego i zimnego kontynentu nie robił nam wstrętów z nielegalnego pobytu na jego ziemi. Wypożyczył nam samochód z kierowcą na 3 godziny abyśmy zobaczyli wygasłe kratery wulkanów na tej przepięknej wyspie. Oczywiście nie za darmo. Odwiedziliśmy najwiekszy park przyrodniczy na tej wyspie gdzie żyją największe żółwie na świecie. Nie brakowało różnokolorowych gekonów i Iguan od maleństw po duże osobniki oraz różnych odmian krzewów i kaktusów.

Doszliśmy do wniosku że mamy niepowtarzalną okazję odwiedzić tutejszą największą i najwspanialszą plaże a jednocześnie zanurzyć swoje cielska w ciepłych wodach Pacyfiku. Czas goni nieubłagalnie. Przed nami magiczne 2500 mil morskich Oceanu Spokojnego do Valparaiso pod prąd i pod wiatr. Robimy zakupy najpotrzebniejszych artykułów spożywczych jak warzywa, owoce, chleb, mąka oraz umawiamy się z agentem na odprawę, tankowanie wody i paliwa. Tankowanie odbywa się z łodzi przewoźnika z wcześniej przygotowanych przez niego beczek. 22.01.11r o godz 0140 w nocy rwiemy kotwicę i opuszczamy raj na ziemi biorąc kurs na Valparaiso. W momencie kiedy pisze te słowa jesteśmy okpło 1100 mil od naszego celu. Wiatry w tej części Pacyfiku o tej porze wieją z SE zmieniając kierunek na S. Mamy ciągle pod witr. Prąd Humbolta zostawiliśmy odchodząc od brazegów Ameryki okołó 500 mil. Mozolnie wydzieramy Oceanowi każdą milę, ciesząc się jeśli przelot dobowy wyjdzie większy niż 60-70 mil. W Valparaiso będą czekalina na nas Tolek Bigaj i Włodek Palmowski. Robimy wszystko co od nas zależy aby dotrzeć jak najszybciej.
kpt.Bronisław Radliński

 

19.01.2011 - Solanus dotarł na wyspy Galapagos.

 

17.01.2011 - Od 17 stycznia 2011 roku Solanus z załogą przebywa już na półkuli południowej kuli ziemskiej.

 

08.01.2011 - Z powodu przerwy świątecznej także urzędy graniczne były zamknięte przez 2 tygodnie. Dopiero w czwartym(!) porcie załoga Solanusa załatwiła wszystkie formalności i jacht mógł udać się w dalszą drogę. Solanus opuścił ostatecznie Meksyk kierując się do Valparaiso. Po drodze załoga chce uzupełnić zapasy wody i paliwa na wyspach Galapagos. Ten odcinek liczy ponad 3 200 Mm.

 

01.01.2011 - Kapitan Radliński nagrodzony II Nagrodą Honorową „Rejs Roku 2010” za pokonanie na jachcie s/y „Solanus” Przejścia Północno-Zachodniego!
Załogę na tym odcinku stanowili: Roman Nowak, Monika Witkowska, Witold Kantak i Damian Chorążewicz.
Szczegóły werdyktu  i uzasadnienie: Żagle, Dziennik Bałtycki
Gratulujemy kapitanowi i załodze Solanusa tego sukcesu.

 

31.12.2010 - Solanus wylądował jeszcze w Acapulco i tutaj przywita nowy rok.

 

30.12.2010 - Solanus wylądował w Zihuantanejo. Po odprawie celnej i paszportowej załoga rusza do Valparaiso „zahaczając” po drodze o Galapagos.

 

27.12.2010 - Solanus wyplynal z Barra de Navidad.

 

18.12.2010 - Solanus stanął na kotwicy w uroczej zatoczce Barra de Navidad. Załoga przyjęła zaproszenie Ivo Zembala i jego małżonki i wspólnie spędzą wieczór wigilijny z Państwem Zembal. W wigilii weźmie też udział Pan Krzysztof Tomkowski - Konsul RP w Meksyku. Z Vancouve przyleci też nasz przyjaciel – Jerzy Kuśmider z rodziną. Acapulco musi trochę poczekać…

 

16.12.2010 - Solanus opuścił Puerta Valarta. Nastepny port - Barra de Navidad. U Iwo Zembala odbiorą wysłane z Polski części do silnika.

 

14.12.2010 - Solanus zacumował w Puerto Vallarta w Meksyku. Tutaj odbędzie się odprawa graniczna i załoga obierze kurs na Acapulco.

 

27.11.2010 - Solanus zacumował w San Diego przy gościnnej kei Silver Gate Yacht Club. Na przywitanie wypłynęły 3 jachty tamtejszej Polonii. Całość koordynowali Wes Sliwowski, Tad Walicki i Marek Brzeszcz z ”Polonia United”. Na nabrzeżu czekał tłum Polonusów oraz zespół w strojach ludowych. Wesołe dźwięki akordeonu ułatwiały śpiew i umilały spotkanie, które przeciągnęło się do późnego wieczora.  Pani Konsul Joanna Kozińska-Frybes wróciła do swoich obowiązków służbowych.

 

24.11.2010 - Wczoraj na jachcie gościł  przebywający w Los Angeles Henryk Wujec z żoną, a dzisiaj Solanus wypłynął z Los Angeles do San Diego żegnany przez liczne jachty Polonusów.
Na tym etapie do załogi dołączyła Pani Joanna Kozińska–Frybes – Konsul Generalny RP w Los Angeles. Pani Joanna – doświadczona żeglarka zabrała z sobą 10-letniego syna Jana Jakuba – też żeglarza, ale wyczynowca.

 

23.11.2010 - Solanus zacumował w Los Angeles w Marina Del Rey Yacht Club. Na przywitanie wypłynął Marty Karpiel swoim jachtem Great Escape goszcząc na pokładzie Panią konsul Joannę Kozińską-Frybes, a także Jerzego Lubicza, który specjalnie przyleciał z Victorii w Kanadzie.

 

14.11.2010 - Jacht Solanus doarł do San Francisco. Załoga została przywitana już na wodzie przez miejscową Polonię i jachty polonijne.

 

03.11.2010 - Jacht Solanus z czteroosobową załogą na pokładzie opuścił gościnne Vancouver. Solanusa odprowadziły jachty Polonii z Vancouver.

 

25.10.2010 - Do załogi dołączył Jarek Pietras, który m.in uczestniczył w "Rejsie Polarnym Grenlandia 2003".

 

23.10.2010 - Do Vancouver dotarła załoga w składzie, który jest na Solanusie od pierwszego dnia rejsu (16.05.2010) kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak oraz Witold Kantak.
Przy pomoscie na Granville Island w centrum Vancouver czekala liczna Polonia. relacja Jerzego Kuśmidra, relacja Michała Radoszewskiego.

 

18.10.2010 - Zmęczeni, ale szczęśliwi żeglarze płynący bydgoskim jachtem „Solanus”, dopłynęli do portu Viktoria w Kanadzie. Około godziny 14:00 po odprawie celnej, miejscowa Polonia powitała załogę „Solanusa” kwiatami, koszykiem owoców i uśmiechem.

 

12.10.2010 – Solanus płynąc cały czas na żaglach zbliża się do Vancouver. Za około 500 mil pierwszy od dłuższego czasu odpoczynek. Od Nome Solanus płynie przeważnie w sztormowej pogodzie, ale załoga przekazuje informacje, że czuje się dobrze i pozdrawia. W Vancouver dłuższy postój, który związany będzie m.in. z koniecznością wykonania napraw (głównie elektroniki zamokniętej podczas sztormów), przeglądu jachtu przez ubezpieczyciela i oczywiście spotkań z Polonią. W tym miejscu serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy Panu Jerzemu Kuśmidrowi, który koordynuje sprawy pobytu Solanusa w Vancouver.

 

03.10.2010 - Kapitan Radliński przekazuje telefonicznie: „Po raz pierwszy od Nome mamy dzień bez sztormu (będą mieli jeszcze 2 takie dni – przyp. AB). Wiatr dochodził do 10 st. w skali Bouforta. Dwa razy mieliśmy salingi w wodzie. Fala wymyła nam największy greting, ten z wyrytymi rejsami Solanusa. Nie mogliśmy uruchomić agregatu i doładować akumulatorów. Stąd problemy z łącznością. Pozdrawiamy wszystkich, a szczególnie nasze rodziny. Każde wysłanie SPOT-a (podanie pozycji jachtu – AB), to też pozdrowienia. Czujemy się dobrze, chociaż jesteśmy zmęczeni. Do Vancouver jeszcze trochę drogi zostało”.

 

24.09.2010 - Po 2 dobach postoju w Nome przeznaczonych na zatankowanie paliwa i wody oraz konieczne zakupy Solanus wypłynął w dalszą drogę. Z Górek Zachodnich do Nome Solanus przepłynął ponad 7300 Mm. Następny odcinek, do Vancouver, liczy ponad 2000 Mm. Kapitan Radliński chce go przepłynąć non-stop.

 

22.09.2010 - Solanus dotarł do Nome. Tutaj pokład opuszczą i udadzą się do Polski Monika Witkowska i Damian Chorążewicz. Do Vancouver uda się załoga w składzie, który jest na Solanusie od pierwszego dnia rejsu kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak oraz Witold Kantak.

 

20.09.2010 - Dzisiaj rano czasu polskiego (godz. 17.56 czasu miejscowego) Solanus przekroczył koło podbiegunowe tym samym minął umowną granicę "zaliczenia" Przejścia Północno-Zachodniego. SMS z Solanusa: NORTH WEST PASSAGE ZDOBYTE PLYNIEMY DO NOME JESTESMY PRZED ARIELEM. Przypomnijmy, że w etapie Przejścia Północno-Zachodniego uczestniczą: kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Monika Witkowska oraz Damian Chorążewicz

 

09.09.2010 - Solanus opuścił Tuktoyaktuk i kieruje się do Nome. Ponieważ kapitan Borje ze Szwecji podjął decyzję o zimowaniu jachtu "Anna" w  Tuktoyaktuk na pokład Solanusa powróciła Monika Witkowska.

 

31.08.2010 - Solanus opuszcza dzisiaj Cambridge Bay i kieruje się do odległego o ok. 750 Mm (prawie 1400 km) portu Tuktoyaktuk. Z towarzyszącego Solanusowi szwedzkiego jachtu Anna, ze względu na stan zdrowia, musiał wysiąść załogant. Dlatego Monika Witkowska „przesiada” się na Annę i pomoże kapitanowi Borje w pokonywaniu tego etapu. W najbliższym czasie Solanus  w zasadzie nie powinien napotkać lodów i żegluga w 4-osobowym składzie nie powinna być dla załogi problemem. Wzajemna pomoc, to w Arktyce normalna rzecz. A ponadto żeglować w dwa jachty jest zawsze raźniej.

 

29.08.2010 - Solanus dotarł do Cambrirge Bay. 90 mil przed portem natknął się na zwarte pole lodowe, ale szczęśliwie dotarł do portu.

 

25.08.2010 - Gjoa Haven. Solanus stoi w zatoce Gjoa Haven na kotwicy (maleńkie nabrzeże przyjmuje tylko statki turystyczne i handlowe) w towarzystwie 3 innych jachtów. Oprócz znanych już jachtów szwedzkich (Anna i Ariel) zakotwiczył też jacht fiński pokonujący Northwest Passage z zachodu na wschód. 4 jachty w zatoce, w której kotwiczył Amundsen, są sensacją dla mieszkańców i turystów. Jak relacjonuje kapitan Radliński, Solanus wyszedł z lodów z lekko porysowanymi burtami. Ze względu na mocną konstrukcję Solanus torował drogę jachtom szwedzkim  „rozpychając” pak lodowy. Po krótkim wypoczynku i uzupełnieniu prowiantu, a szczególnie jarzyn, Solanus rusza w dalszą drogę. Przed nimi jeszcze ponad 3800 Mm (ponad 7000 km) do Vancouver. Njablizszym portem będzie Cambridge.

Na razie dalsza trasa jest wolna od lodów, ale żeglarze spotkają mgły i silne, sztormowe wiatry. Dopiero przy opływaniu Alaski zacznie się w tamtym rejonie polarna zima. 

Kapitan Bronisław Radliński dziękuje pani Wiesławie Siódmiak, właścicielce piekarni „7 Siódmiak” za chleb, który cały czas smakuje tak samo jak 3 miesiace temu w Górkach Zachodnich. Wystarczy go jeszcze na ponad miesiąc. Żeglarze z innych jachtów w czasie odwiedzin Solanusa są pełni podziwu dla tego chleba.

Informacja dla fanów Moniki Witkowskiej. Monice uszkodził się laptop i możemy mieć przejsciowe trudnosci z przekazywaniem informacji na blog.

 

15.08.2010 - Solanus dotarł dzisiaj do Pond Inlet. Załoga otrzymała od komandora Antoniego Bigaja mapy lodowe i po ich przeanalizowaniu podejmie decyzję o wyborze dalszej drogi. Kapitan Radliński powiedział, że zamierzają wyjść jutro przed południem czasu miejscowego. Różnica czasowa – 6 godzin. Ze względu na wysokie góry, które zasłaniają satelity telekomunikacyjne "lokalizatora GPS" pozycja jachtu może być przekazywana nieregularnie.

 

04.08.2010 - W Solanusie podczas postoju w Ilulissat został naprawiony silnik. Do załogi dołączył Damian Chorążewicz, który uczestniczył m.in. w Rejsie Polarnym Grenlandia 2003. W dalszej części wyprawy uczestniczyć będą kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Monika Witkowska oraz Damian Chorążewicz.

 

28.07.2010 - Z dalszej części wyprawy musiał na razie zrezygnować Jacek Mrowicki, który wrócił do Polski. Podczas wycieczki na lodowiec odnowiła się kontuzja - zerwane wiązadło lewego kolana.

 

18.07.2010 - Solanus dotarł do portu Ilulissat.

 

13.07.2010 - Załoga po przeanalizowaniu map pogodowych i lodowych wypłynęła z Nuuk 13 lipca o godz. 17.00 i obrała kurs na Ilulisat.

 

09.07.2010 - Zakończył się trzeci etap rejsu "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011".
Załoga Solanusa w składzie kapitan Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak, Antoni Bigaj, Barbara Kowalewska i Krzysztof Kowalewski przepłynęła wspólnie odcinek z Reykjaviku, stolicy Islandii (19 czerwca) do Nuuk, stolicy Grenlandii (9 lipca).

Podczas rejsu załoga spotkała pierwsze góry lodowe, podpłynęła w okolicę lodowca, odwiedziła porty Qaqortoq i Paamuit na południu wyspy, przeżyła wiele przygód żeglarskich oraz, oczywiście, spotkała się z Polonią na Grenlandii. Jak zwykle w takich momentach na pamiątkę spotkania komandor Antoni Bigaj przekazał gosciom książki "Port macierzysty Bydgoszcz".

Koniec etapu to również wymiana części załogi pokład opuścili: Antoni Bigaj, Barbara Kowalewska i Krzysztof Kowalewski. W dalszej części wyprawy (Nuuk-Vancouver, czyli m.in. Przejście Północno-Zachodnie) uczestniczyć będą kpt. Bronisław Radliński, Roman Nowak, Witold Kantak oraz, zaokrętowani w Nuuk, Monika Witkowska i Jacek Mrowicki.

 

27.06.2010 - Załoga Solanusa: Pozdrawiamy z Qaqortoq na Grenlandii. Droga z Reykjaviku - superexpres. Tylko po wyjściu musieliśmy trochę halsować na NW. Potem kurs Kape Faravel. Wiatr 3-6 z dobrego kierunku. Dopiero wczoraj „dostaliśmy” 8B, też z dobrego kierunku. Rekord dobowy – 144 mile. Ale do północy flauta i na silniku, podziwiając fiord i góry lodowe dotarliśmy do portu. Postój 2-3 dni. Potem – Nuuk, stolica Grenlandii.

 

16.06.2010 - Załoga jachtu SOLANUS spotkała się w środę, 16 czerwca, z Konsulem Generalnym RP w Reykjaviku Panią Danutą Szostak. W trakcie spotkania kapitan Bronisław Radliński omówił trasę i cel wyprawy „Morskim szlakiem Polonii 2010-2011”, a komandor Antoni Bigaj wręczył książki „Port macierzysty Bydgoszcz”. W dniu 17 czerwca załoga weźmie udział w uroczystościach Święta Niepodległości  - największego święta narodowego Islandii. W Reykjaviku następuje wymiana części załogi. Do kraju wracają Odon Mikułan, Stanisław Guzek i Kazimierz Stasiński. Na III etap z Reykjaviku do Nuuk (Grenlandia) zaokrętowali Antoni Bigaj, Barbara Kowalewska i Krzysztof Kowalewski. Załoga uzupełnia zapasy na ten etap, usuwa drobne usterki techniczne, a w wolnych chwilach zwiedza przeurocze zakątki Islandii. Spotkaliśmy się z dużym zainteresowaniem mieszkających tu Polaków. Ich, a szczególnie żeglarzy Olgierda,  Łukasza i Izabeli  życzliwość   jest ogromna. Dzięki nim załatwienie każdej sprawy staje się bardzo proste.

 

14.06.2010 - Wieczorem 13 czerwca jacht Solanus zacumował w porcie w Reykjaviku. Podczas kilkudniowego pobytu w tym mieście załoga spotka się z Polakami i będzie zwiedzała wyspę.

 

28.05.2010 - Solanus wypłynął z portu w Skagen. Skład załogi: Bronisław Radliński - kapitan, Roman Nowak - I oficer, Stanisław Guzek - II oficer, Witold Kantak - III oficer, Odon Mikułan i Kazimierz Stasiński

 

27.05.2010 - Solanus zawinął do Skagen. Tu nastąpiła wymiana części załogi.
I etap Wyprawy z Gdańska – do Skagen, to czas na sprawdzenie jachtu i wyposażenia. Także czas na zaształowanie ponad 2 ton żywności. Solanus po załadowaniu jest cięższy o ponad 4 tony (żywność, paliwo, wyposażenie), a jego zanurzenie jest większe o ok. 20 cm.
„Po drodze” Solanus zawinął do Kołobrzegu, aby usunąć drobne problemy z układem napędowym. Zawinął także do Kopenhagi, gdzie uzupełniono mapy a potem do Helsingør.

 

16.05.2010 - Rozpoczął się rejs "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011". Z portu w Górkach Zachodnich załoga wypłynęła w składzie: Bronisław Radliński - kapitan, Roman Nowak - I oficer, Stanisław Guzek - II oficer, Witold Kantak - III oficer, Anna Tataruch, Violetta Sobacka, Marek Nowak

 

04.05.2010 - Trwają ostatnie przygotowania do rejsu "Morskim szlakiem Polonii 2010-2011". Więcej informacji o tym co się dzieje - również w serwisie solanus.blip.pl

 

02.07.2009 - Bydgoski jacht Solanus powraca na morskie szlaki !. Po trwającym trzy sezony remoncie jacht wrócił do swojej keji w Gdańsku - Górkach Zachodnich. Informacje prasowe: Express Bydgoski, Gazeta Pomorska, TVP Bydgoszcz. Foto Galeria

 

27.11.2005 - s/y Solanus wrócił po 14 latach do Bydgoszczy w celu dokonania kapitalnego remontu. Odnawianie może wyłączyć jacht z żeglugi co najmniej na jeden sezon.