2005 – Rejs do Oslo

Rejs do Oslo na pokładzie s/y Solanus 14VIII – 31VIII 2005
autor: Jacek Gębusia
Oddaję w Twoje ręce fragmenty dziennika, który prowadziłem podczas rejsu.

14 VIII

2125

Po męczącej podróży polskim ekspresem dotarliśmy do Świnoujścia. Bronek, Wojtek, Witek i Ania byli już na miejscu. Ja, Wojtek i Piotrek dokonaliśmy wyboru koi. Wojtkowi z racji tego, że został trzecim oficerem dostała się najlepsza z naszej trójki. Zrobiliśmy po południu drobne zakupy (160 piw, parę litrów wody mineralnej, 200 litrów ropy i kilka innych drobiazgów), udaliśmy się na piwko integracyjne i zjedliśmy kolację. Tego wieczora w porcie można było posłuchać piosenki żeglarskiej na żywo. W słuchaniu przeszkadzały nam jednak miliardy komarów, które atakowały słuchających, grających i w ogóle wszystkich w zasięgu. Komary wdzierają się także do okrętu, korzystając z wszelkich możliwych otworów. Żaden �of� nie daje rady.

15 VIII

1650

Prawie godzinę temu skończyła się moja pierwsza w tym rejsie wachta za kołem. Ze Świnoujścia wyszliśmy zgodnie z planem, czyli wczesnym świtem o godzinie 1230. Morze spokojne. Prędkość 2,5 węzła. Szkoda tylko, że tak od razu przypadła mi wachta w kambuzie. Praca tam to strata czasu. Na szczęście o północy dobiega końca. Piękne widoki. Woda z każdej strony jachtu, aż po widnokrąg. Na to właśnie tak długo czekałem!

2003

Jesteśmy po kolacji. Pozmywałem i kambuz mam na dziś z głowy. Teraz jedynie będzie trzeba do 0000 dbać o wachtowych żeby mięli co pić, pogryźć itp. Ale to jest o niebo lżejsze zajęcie niż to cholerne zmywanie.

Wiatr zdechł i podpieramy się silnikiem. Oprócz prędkości 7 węzłów taka sytuacja nie ma plusów. Przeszkadza hałas i drgania. Tylko na dziobie, gdzie teraz jestem, jest cicho. Zachód słońca jak z pocztówki.

Mam dziś psią wachtę. Lubię siedzieć na pokładzie od 0000 do 0400. Jest cicho i spokojnie. Nikt głowy nie zawraca. Można podziwiać rozgwieżdżone nocne niebo. Jego widok jest oszałamiający i nie może równać się nawet z widokiem miejskim. Idealnie widać drogę mleczną, gwiazdozbiory. Ech…

16 VIII

1228

Mijamy Treleborg. To jakaś mieścina na Szwedzkim wybrzeżu.

Wojtek tak samo nie lubi kambuza jak ja. Podejrzewam, że to rodzinne.

Przy najbliższej okazji wyślę SMSa do domu. Formuła standardowa: współrzędne, pogoda, nastroje. Na dłuższe opowieści będzie czas po powrocie. Zresztą nie ma co się rozpisywać, ponieważ SMS z zagranicy 2 złote kosztuje. Zdzierstwo.

1606

Niedługo Kopenhaga. Idziemy pod pełnymi żaglami. Prędkość nie zachwyca, ale dobrze, że w ogóle wieje.

Wcale nie myślę o tym, że od tego skrawka odpowiednio przyciętej i zespawanej stali zależy moje zdrowie i życie. 15 ton blachy, solidna konstrukcja i przebyte trasy dowodzą, że można Solanusowi ufać.

Przepływamy pod mostem łączącym Szwecję z Danią. Budowla robi niesamowite wrażenie. Jest ogromny.

Kapitan snuje swoje opowieści.

17 VIII

1754

Spędziliśmy noc w Kopenhadze. To ładne miasto. Pełno tu starych budynków. Dobrze widać, że podczas drugiej wojny światowej nie spadło tu wiele bomb. Chodziliśmy po mieście do 0030. Wrażenia bardzo pozytywne. Podejrzewam, że wskaźnik przestępczości sięga 0,1%. Tutaj ludzie zostawiają na noc rowery oparte o ścianę budynku, a następnego dnia rower nadal stoi! Niesamowite. W ogóle Duńczycy lubią rowery. Człowiek w garniturze jadący do pracy na rowerze to reguła. Widziałem ostatnio dziewczynę tak ubraną jakby na randkę jechała. Pora też by na to wskazywała. Zbiło mnie jednak z tropu jej obuwie. Do całego tego makijażu i ładnej czerwonej sukienki założyła ciemno zielone kalosze…

Po pracy Duńczycy ciągną na przystań i wypływają na swoich łódkach na sund. Żeglarstwo każdego popołudnia! Co za kraj!

Patrzę na Duńczyków i mam wrażenie, że ich jedynym zmartwieniem jest wpaść na pomysł jak dobrze spędzać czas wolny od pracy. Jedni jeżdżą swoimi starymi aczkolwiek odrestaurowanymi samochodami, inni pływają skuterami wodnymi, jeszcze inni spacerują, biegają i żeglują.

Właśnie przyjechał do mariny starszy pan na swoim skuterze. Zdjął kask, usiadł na ławce i patrzy się na masowo opuszczające przystań jachty.

A dzieci. Dzieci nie siedzą przed telewizorkami tylko popołudniami mają zajęcia na boiskach, w szkółkach wioślarskich itp. Jestem pewien, że Polaków także byłoby stać na stworzenie takiego społeczeństwa. Trzeba tylko zacząć spoglądać trochę dalej niż czubek własnego nosa.

2115

Wyszliśmy z Kopenhagi mniej więcej 30 minut temu. Idę teraz do swojej koi. Chcę się przespać, ponieważ mam wachtę od 0400 do 0800.

18 VIII

1409

Jesteśmy już po obiedzie. Pozmywałem naczynia (jak ja nie lubię zmywać!). Parszywa robota. Świtowa wachta, która mi dziś przypadła, była fantastyczna. Doskonałe warunki, noc jasna, wiatr tylko taki sobie. Lepszy jednak taki sobie niż żaden. Pogoda idealnie nadaje się do opalania.

Im więcej czasu spędzam w morzu tym ważniejszy wydaje mi się dobór odpowiedniej załogi. Ma to szczególne znaczenie podczas nocnych wacht. Od osoby, która stoi za sterem i osoby, która pilnuje pozycji na mapie zależy życie pozostałych. Nie wyobrażam sobie, aby za starem mógł stanąć ktoś kto nie budzi mojego zaufania. Ktoś, kto się izoluje od reszty załogi lub zachowuje nieodpowiedzialnie. Słyszałem raz o przypadku, kiedy osoba stojąca w nocy za sterem miała słuchawki na uszach i słuchała muzyki z odtwarzacza CD. Na szczęście w porę zauważył to któryś z oficerów i odpowiednio zareagował. Potencjalnie tamta noc mogła być ich ostatnią. Takie przypadki niestety nie należą do rzadkości.

Zaufanie do załogi to jedna sprawa. Ale jego umiejętne dawkowanie to inna, ważniejsza sprawa.

Płyniemy wzdłuż szwedzkiego wybrzeża. Nie wiem na dzień dzisiejszy czy zawiniemy do Goteborga w drodze do Oslo czy w drodze powrotnej do Polski.

2011

Pozmywane po kolacji. Bleh… Zamiotłem także. Wojtek, mój oficer wachtowy zmył podłogę. Niech tylko zobaczę teraz jakiś brudny kubek w zlewie. Właściciel wyląduje za burtą! Kubek też.

Mamy tu na pokładzie klub miłośników kawy. Każdy lubi inną i w rezultacie otwarte są cztery (!) rodzaje. Do tego ciasteczko, biszkopcik… Tu nie Queen Mary II do licha!

Mam dziś wachtę od 0000 do 0400. Nie mogę się już doczekać!

19 VIII

1713

Jesteśmy w Goteborgu. A jednak. Po długim podejściu (stałem za sterem od 2230 do 0400) zacumowaliśmy o 0515. Nigdy nie widziałem bardziej pokręconego podejścia do portu. To w zasadzie były nocne manewry między dziesiątkami jak bądź rozrzuconych wysepek. Przystań na szczęście ładna. Dobre położenie. Bardzo blisko centrum miasta, tuż obok opery.

Ludzie zapinają tu rowery na noc, wnioskuję więc, że wskaźnik przestępczości jest tu wyższy niż w Kopenhadze. Mają jednak Szwedzi lepsze mariny. Woda nie jest reglamentowana na jednominutowe cykle. Można się namoczyć, namydlić i spłukać w spokoju, bez wrażenia, że zaraz odetną wodę jak nie wrzucę monety.

Pogoda denna. Z nieba leje się żar. Nie ma zbyt wielu miejsc żeby się schować. Nie można obejrzeć miasta, ponieważ ma się wrażenie, że udar słoneczny jest tuż tuż.

Dziś zrobiliśmy przegląd: silnika, akumulatorów, stanu wody, sterociągów, want i wszystko jest w porządku.

Wyjście planujemy na jutro rano. Skierujemy się wprost na Sandefjord. Tam ma się dosiąść ósmy członek załogi. Z nim płyniemy do Oslo.

20 VIII

1155

Opuściliśmy marinę, zatankowaliśmy po byku drogą ropę i jesteśmy w drodze do Sandefjord. Nastroje dobre. Pogoda beznadziejna. Ciągle słońce, słońce, słońce…

Mój Idealny operator kasuje mnie na 2 złote za każdego wysłanego z zagranicy SMSa. Bandyci!

Piotrek zabrał się za wypompowywanie wody z zęzy.

Goteborg czystością odpowiada Warszawie. Po nocnym spacerze muszę powiedzieć, że jak śmieci znikną w mroku to miasto nawet ładnie wygląda. Bardzo dużo tu imigrantów.

Dobrze tu ludzie zarabiają. To widać. Wieczorami setki knajp wypełniają się po brzegi. Oni chyba nie mają takich zmartwień jak my…

21 VIII

0538

Jesteśmy około 10 mil od wejścia do fiordu na końcu którego znajduje się miasto Sandefjord. Jest już całkiem jasno. Widać, że na wschodzie pada. Od 0400 padało kilka razy. Niesamowity jest moment, w którym ciszę przerywa dźwięk uderzających o powierzchnię wody kropelek deszczu. Opad nie jest gwałtowny i znika równie niespodziewanie jak się pojawia. Panuje absolutna cisza. Od czasu do czasu zakłóca ją burczenie w moim żołądku lub dźwięki, które wydają z siebie mewy. Zachmurzenie spore, ale nie przeraża. Nareszcie! Załoga powoli budzi się ze snu. Ja siedzę na pokładzie. Delikatny podmuch chłodnego, wilgotnego wiatru na twarzy, czerwony wschód słońca i majacząca gdzieś w oddali latarnia morska tworzą niesamowity klimat. Słychać jak jacht prześlizguje się z jednaj fali na drugą. To jest jeden z tych momentów, do których wraca się myślami przez resztę życia.

1347

Zacumowaliśmy w Larviku. To małe norweskie miasteczko położone na końcu fiordu, który jest równoległy do fiordu, na którego końcu jest miasto Sandefjord. Jest tu park położony na sporym skalnym cyplu porośniętym drzewami i trawą. Cała zieleń jest bardzo soczysta. Miło popatrzeć. Zacumowaliśmy dziś w tym mieście ponieważ przebyliśmy podróż z Goteborga w bardzo dobrym czasie. Dlatego tu spędzimy dobę i następnego dnia wyruszymy do Sandefjord.

1645

Larvik przypomina swoją zabudową polskie miasteczka odpowiadające mu wielkością. Zabudowa głównie drewniana, ale cegła i beton nie są ludziom tu mieszkającym obce. Większość skrzyżowań jest równorzędna. Domy mają różne kolory od kości słoniowej, a może powinienem powiedzieć od koloru wielorybiego tłuszczu, po kolor czerwony. Przed wieloma domami stoją maszty, na których powiewają norweskie flagi narodowe.

Larvik to jedno z tych miast, w których czas płynie pięć razy wolniej niż w Warszawie. Chodziliśmy po mieście blisko dwie godziny i prawie nikogo nie spotkaliśmy. Od czasu do czasu jakiś samochód przemknie w oddali. Coś niesamowitego. Jeśli szukasz miejsca, w którym nic się nie dzieje, Larvik jest dla ciebie!

Właściciel restauracji na przeciwko której zacumowaliśmy potraktował nas jak wabik na klientów. Nie wziął od nas ani jednej korony za cumowanie. Wyszedł za to wieczorem ze swojej knajpy, oparł się o poręcz, przez kilka minut słuchał naszych opowieści o tym, do jakich portów zawijał Solanus, przyglądał mu się i wypowiedział następujące słowa „This ship looks like a ship!”. Nie ukrywam, że zrobiło nam się bardzo miło.

22 VIII

0929

Cumy oddane. Wychodzimy z małego Larvik i kierujemy się do sąsiedniego Sandefjord.

Denerwuje mnie jedna osoba. Marny z niej kuk, marny żeglarz i marny kolega. Starałem się zrozumieć tego człowieka, znaleźć z nim wspólny język, ale wszystkie moje wysiłki spełzły na niczym.

1509

Jesteśmy w Sandefjord. Trafiliśmy do fajnej mariny. Jej obsługę stanowi dwóch starszych panów, którzy jak nam wprost powiedzieli, nie wezmą od nas pieniędzy za cumowanie u nich, ponieważ jesteśmy sympatyczni i stanowimy dla nich dobre towarzystwo. Poza tym nasz stalowy okręt wygląda bardzo okazale przy tej masie plastikowych jachtów.

1949

Wróciliśmy właśnie ze spaceru. Sandefjord to bardzo ładne miasto. Przenika się tu stare budownictwo (nawiązujące do tego, jakie widzimy w polskich górach!) z nowoczesnymi rozwiązaniami architektonicznymi. Jestem pod wrażeniem zastosowanych w tym mieście rozwiązań logistycznych. Podobnie jak w Larviku na końcu fiordu znajduje się przystań promowa. Jest także część przemysłowa miasta. Każdy fiord sprawia wrażenie autonomicznej jednostki. Sami o wszystko dbają i muszę powiedzieć, że wszystko mają! To zadziwiające jak dobrze można inwestować publiczne pieniądze!

W czasach największych polowań na wieloryby było na świecie około 60 firm tym się zajmujących. W Sandefjord swoją siedzibę miało około 50 z nich! Nieźle jak na czterdziestotysięczne miasto. Jestem całkowicie przeciwny polowaniom na te zwierzęta, ale nie mogę nie docenić męstwa i odwagi ludzi, którzy to robili. Wtedy, gdy inne nacje morderców wielorybów kończyły sezon z powodu katastrofalnej pogody i skrajnego niebezpieczeństwa, Norwegowie dalej pływali. Wielu nie wróciło, ale nie zniechęcało ich to.

23 VIII

1325

Wczoraj wieczorem po kolacji wybrałem się z bratem na górujący nad fiordem szczyt. Bardzo ładny widok roztaczał się z tamtego miejsca. Z jednej strony widać było ujście fiordu i morze, z drugiej schowane w małej zatoczce miasto, rozświetlone setkami świateł. Podczas schodzenia złapał nas deszcz, ale mimo tego iż zmokliśmy, nie żałowaliśmy wspinaczki. Kiedy wróciliśmy na jacht, pierwszy oficer zrobił nam herbatę z duchem, po wypiciu której zrobiło mi się tak dobrze, że się położyłem i sam nie wiem kiedy usnąłem. Ocknąłem się dopiero dzisiaj rano.

NAVTEX podał, że ma rozwiać się dziś do 6B z kierunku SW. Taki wiatr byłby dobry, gdybyśmy wchodzili do Oslofjordu. Nie wiem jednak czy wypłyniemy dziś czy jutro.

Siedzę teraz na pokładzie i słucham jak wiar gra na wantach. To jest muzyka! Akompaniują im fały grota i bezana uderzające o maszty oraz chlupanie wody powodowane przez rozbijające się o burtę fale.

Chcę już wypłynąć w morze. Za długi ten postój.

24 VIII

1559

Jesteśmy w Oslofiordzie. Wieje 4B, stan morza 3. Fala od 0,5 do 1 metra wysokości. Bajka pływanie! Do samego Oslo jeszcze około 20 mil morskich.

Ósmy pasażer… Solanusa to młody chłopak. Pracuje tu w wakacje z ludźmi upośledzonymi. Wygląda na porządnego gościa. Jest niewiele starszy ode mnie, a ma już żonę i dziecko. Trochę wcześnie, ale ostatecznie to nie moja sprawa co on w wolnym czasie robi.

2335

Pięknie nam się szło w tym Oslofiordzie. Nie były to pionowe ściany o wysokości 1000 metrów. Takie są ponoć na północy Norwegii. Chciałbym je kiedyś zobaczyć.

O 2015 zacumowaliśmy w Oslo. Marina położona jest w samym centrum miasta. Widać z pokładu naszego okrętu ratusz miejski. Standardy na przystani wysokie. Łazienki bez ograniczeń. Wszystko tak czyste, że się błyszczy. To po części dlatego, że w tej przystani cumują duże jachty motorowe bogatych ludzi z całej Europy. A tacy jak wiadomo w lesie się nie załatwiają. Najlepiej jak mają marmurową łazienkę ze złoconymi kranami. Nie ważne. Grunt to dobra zabawa, a tej nie brakuje.

25 VIII

1358

Oslo to najładniejsze i najczystsze z dotychczas odwiedzonych przez nas miast. Przemyślane rozwiązania widać na każdym kroku. Jak chyba w całej Norwegii nowoczesność przenika się z klasyką. Widać to po architekturze, łodziach itd. Zwiedzanie trochę utrudnia deszcz i niskie ciśnienie. Wskazówka barometru zatrzymała się na 990 HPa.

2109

Siedzę w nawigacyjnym i słucham jęków odbijaczy. Tak mi się chce spać, że nie wiem.

Jakiś czas temu spotkałem na pomoście ładne dziewczyny. Okazało się, że są z Polski. Miło mi się zrobiło. Od razu jak je zobaczyłem wiedziałem, że to nasi. Nigdzie nie ma takich ładnych kobiet jak w Polsce.

26 VIII

0750

Jakiś kwadrans temu oddaliśmy cumy. Mieliśmy to zrobić godzinę temu, ale kapitan poszedł wczoraj wieczorem na piwo i jakimś trafem wszyscy zaspali…

1219

Nadal idziemy Oslofiordem. Na morze wyjdziemy około 1600. Mam wtedy wachtę więc stanę za sterem.

28 VIII

0938

Jesteśmy na Kattegacie. Walimy na Helsingor. Drugi dzień w sztormie. Wieje non stop 7B z kierunku SSW. Wytrzęsło nas porządnie. Mało jemy, a jeśli już jemy to suchary lub chleb i popijamy to ciepłą herbatą lub wodą. Fale wysokie na 3,5 metra. Fantastycznie żegluje się przy takim wietrze.

Kiedy stałem w nocy za sterem, kapitan wyszedł do mnie i powiedział �Jacek, zamieniłeś się w energię? Jedziemy 9 węzłów.� Okazało się, że to całkiem przyzwoity wynik jak na trzynastotonowy jacht z założonym podwójnym refem na grocie i bezanie.

Kiedy buja jachtem na wszystkie strony to najlepszym miejscem jest kokpit. Jak usiądziesz w mesie lub kubryku to czeka ciebie jedno � haft twojego życia. Dlatego w czasie ostrego bujania, jak nie ma się wachty, trzeba się położyć w swojej koi. Wtedy błędnik tak nie szaleje i da się nawet pospać.

Mój żołądek już się przyzwyczaił. Rzygnąłem tylko pierwszego dnia sztormu. To zadziwiające jaką ulgę odczuwa się zaraz po opróżnieniu żołądka. Trudno porównać to uczucie z czymkolwiek. Inne jest bowiem od rzygania z pijaństwa. To absolutnie dwie różne sprawy! To trzeba po prostu przeżyć.

Sternik podczas takiej pogody ma podwójna frajdę. Nie dość, że czuje się jak na rodeo, bo tylko do tego mogę przyrównać moment, w którym jacht spada z fali po czym zaczyna wspinać się na następną. Ale jeszcze przez pokład (i sternika) przewalają się masy wody. Ma się wtedy sól w oczach i ustach. Nie ma sensu słodzić herbaty bo zaraz jest słona. Dla ścisłości, to co zostanie jest słone, bo zazwyczaj połowę wywiewa z kubka. Wrzątek stygnie na przykład w trzy minuty! Czas więc gra w spożywaniu ciepłych płynów kluczową rolę :-)

1420

Około 1300 minęliśmy zamek Kronborg. Tam dzieje się akcja Makbeta. Okazałe zamczysko, ładnie położone.

O 1330 zjedliśmy pierwszy ciepły posiłek od wyjścia z Oslofiordu.

W oddali widać Kopenhagę.

2137

Żeglarstwo morskie podobnie jak górskie wędrówki są idealnym momentem, żeby sprawdzić nie tylko siebie, wytrzymałość swojego organizmu i psychiki, ale także żeby sprawdzić swoich przyjaciół, znajomych. Przekonać się jakimi naprawdę są ludźmi. Czy można na nich polegać czy nie. Kiedy jest ładna pogoda i świeci słońce zawsze wszystko jest O�K. Ale jak się pogoda sknoci, ludzie nie będą już tacy wyluzowani, będzie trzeba robić wszystko w maksymalnym skupieniu i dać z siebie wszystko, to są dopiero chwile bogate w cenne spostrzeżenia!

Kiedy zszedłem o 0400 z wachty, myślałem tylko o jednym � swojej koi. Jak się już w niej położyłem to nie przeszkadzało mi chrapanie drugiego oficera ani kapiąca na twarz ze sztormiaka słona woda. Zasnąłem w niecałą minutę.

29 VIII

1409

O 1145 przepłynęliśmy przez Falsterbokanalen i tym samym znaleźliśmy się na Bałtyku. Wieje jak na zamówienie. Idziemy 7 węzłów.

2018

Jesteśmy blisko Bornholmu. To bardzo fajne miejsce i warto poświęcić trochę czasu, żeby zwiedzić tę wyspę. Można tu przyjechać z namiotem w plecaku i rowerem. Miejsca do spania nie brakuje a widoki bardzo ładne.

30 VIII

1519

Tak blisko a jednocześnie tak daleko domu. Nie wiem czy to tęsknota, czy poczucie obowiązku. 4 IX mam do zaliczenia egzamin u prof. Czaplińskieo. Bleh…

Kambuz czysty. Pozmywałem. Tak mnie ta wachta kuchenna wkurza, że brak słów, żeby to opisać!

Miałem dziś wachtę świtową to znaczy od 0400 do 0800. Wspaniale się czuję mając tysiące gwiazd na głową. Przyglądał mi się Księżyc, a Orion wskazywał drogę. Miejskie niebo jest tak ubogie w gwiazdy, że nie warto nawet o tym pisać. Warto choć raz wybrać się w taką podróż, żeby doświadczyć mistycznej atmosfery, którą od miliardów lat tworzy sam wszechświat.

1738

Bałtyk od czasu przejścia przez Falsterbokanalen był dla nas łaskawy. Dobrze wiało a fale nie były uciążliwe. Teraz sytuacja uległa zmianie. Jeszcze trochę a Solanus zamieni się w dużą deskę windsurfingową.

Od momentu wyjścia w morze, ani razu nie miałem katastroficznych myśli. Na Solanusie nigdy ich nie miałem. Świadomość, że coś może pójść nie tak zawsze jest, dlatego trzeba wykonywać swoją pracę dokładnie. Najsłabszym ogniwem jest najczęściej człowiek. Stalowy kadłub Solanusa daje poczucie bezpieczeństwa, ciepło, suchy kąt. Zbudowany przez pasjonatów, jest tematem ich rozmów, opowiadań. Ci ludzie cały czas myślą nad tym co by w nim udoskonalić. W co by go dodatkowo wyposażyć. Poświęcają na to swój wolny czas i często prywatne pieniądze. Jest traktowany niemalże jak żywa istota. Tak zresztą się zachowuje. Rewanżuje im się swoją dzielną służbą. Zawsze dowozi ich do domu.

31 VIII

1202

Zawinęliśmy do Górek Zachodnich. Zrobimy klar portowy i zaczniemy się pakować. Żal opuszczać pokład. Wielki żal…